Epitafium

     Danuta Tomerska  

Listopad. Pora późnej jesieni. W krajobrazie za oknem coraz więcej przestrzeni pustych, drzewa już całkiem nagie, dużo czerni i przymglonej szarości. Krótkie, smutne dni przynoszą jakiś określony nastrój i skłaniają do refleksji o przemijaniu wszystkiego, a także o śmierci, która definitywnie zamyka każdą biografię, nadaje jej ostateczny i raz na zawsze zamknięty wymiar. Stąd listopad to miesiąc pamięci zmarłych. Chciałabym więc kilka swoich myśli poświęcić ludziom, którzy w tym roku odeszli na zawsze, a którzy mieli jakiś związek z moją pracą i pozostawili w środowisku niewidomych trwałe ślady swojej działalności.

W lipcu pożegnaliśmy naszą koleżankę, redaktor Elżbietę Sitkowską. Pracowała w Polskim Związku Niewidomych prawie 20 lat. Przyszła tu w grudniu 1971 r. Miała wykształcenie polonistyczne. Rozpoczęła pracę w dziale kulturalno-oświatowym, a w kilka lat później przeniosła się do redakcji wydawnictw nieperiodycznych Zakładu Wydawnictw i Nagrań PZN i tu już do końca pełniła obowiązki sekretarza redakcji. Szlachetna koleżanka, zarówno w życiu, jak i w pracy była skromna, prosta, naturalna, w pełni uczciwa, wrażliwa na sprawy ludzkie. Charakteryzowała Ją wyrozumiałość, łagodność i serdeczność dla wszystkich. Nigdy nie słyszałam, aby źle o kimś mówiła. Miała dużą kulturę wewnętrzną, inteligencję, dar wnikliwej obserwacji i wspaniałe poczucie humoru. Była po prostu światu przyjazna, jakikolwiek był ten świat. Pragnęła, aby był piękny i lepszy. Stąd Jej zaangażowana praca w "Solidarności" w początku lat osiemdziesiątych. Nie była osobą, która wytrwale dążyła do przebicia się.

 Lubiła swoją pracę w redakcji i doceniała jej rzeczywistą wartość. Kiedy przyszła do nas, miałyśmy właśnie w planie nagranie na taśmy magnetofonowe książki Redlińskiego pt. "Konopielka". Zależało mi bardzo, aby przeczytał ją Wojciech Siemion, aktor charakterystyczny, świetnie nadający się do tej pozycji. Ale Siemion był wtedy nieuchwytny. Zajęty pracą w teatrze, w telewizji, w radiu, często wyjeżdżał i na telefon nie odpowiadał. Zleciłam więc Eli "upolowanie" Siemiona do "Konopielki". Po wielu trudach udało Jej się skontaktować z nim w Teatrze Narodowym w czasie przerwy w próbach. Wróciła szczęśliwa, że sprawę załatwiła pozytywnie. Później cały czas czuwała nad realizacją dźwiękowej wersji "Konopielki" w studiu, pilnując terminów nagrania i umawiając aktora z realizatorami dźwięku. Dzięki staraniom Eli Sitkowskiej czytelnicy nasi otrzymali tę książkę w świetnej aktorskiej interpretacji.

Elżbieta była dokładna, systematyczna, jakiś wewnętrzny porządek był podstawą Jej czynów. I ten porządek został nagle zburzony przez straszną nieuleczalną chorobę. Walczyła z nią dzielnie przez 4 lata, przeszła kilka operacji i pewnie zdawała sobie sprawę, że jest to pojedynek przegrany. To, co przeżywała wewnętrznie, było dla nas zakryte, bo nadal starała się żyć normalnym życiem. Naznaczona chorobą nowotworową, zachowała zadziwiający hart ducha, za co Ją wszyscy podziwiali. Zawsze zadbana, elegancka, ładnie się prezentowała. We wspomnieniach widzę Jej szczupłą, wysoką sylwetkę i śliczne falujące ciemno blond włosy. I cóż można więcej powiedzieć o Eli? Że lubiła literaturę i sztukę, że bardzo kochała życie i musiała umrzeć, mając zaledwie 47 lat.

Nigdy nie zapomnę naszego ostatniego spotkania. Było to chyba w drugiej połowie maja. Ela po dłuższym zwolnieniu lekarskim przyszła do redakcji. Spieszyłam się na jakieś ważne spotkanie i niewiele mogłam poświęcić Jej czasu. Zauważyłam, że wygląda mizerniej niż zwykle, a na Jej twarzy maluje się smutek. Zapytałam, jak się czuje.- Niedobrze - odpowiedziała - ale nie wzięłam dalszego zwolnienia i jutro przychodzę normalnie do pracy.- Cieszy mnie, że jutro się zobaczymy. Teraz już muszę się spieszyć. Nie pożegnałam się z Nią nawet i nigdy więcej już Jej nie zobaczyłam. Nie przypuszczałam wówczas, że Jej choroba jest już w ostatnim stadium. Na drugi dzień Ela nie pojawiła się w pracy. Myślałam, że to z powodu strajku komunikacji, jaki rozpoczął się w Warszawie. Ela nie miała telefonu i trudno było z nią się skontaktować. Po kilku dniach przysłała przez siostrę książkę, którą opracowywała w domu do przedruku systemem Braille'a. Była to powieść F. Clifforda pt. Żegnaj Grosvenor Square". To ostatnia praca Eli. Zmarła w szpitalu 1 lipca. Pochowano Ją na skromnym cmentarzu w podwarszawskiej miejscowości Babice. W pogrzebie uczestniczyło dużo ludzi - liczna rodzina, przyjaciele, koledzy ze studiów i z pracy, a także kilku aktorów współpracujących z nami, którzy jeszcze nie zdążyli wyjechać na urlop.

 Był słoneczny, upalny dzień w środku lata. Patrzyłam na kolorowe wieńce, na mnóstwo kwiatów, słyszałam jak grudki ziemi sypią się na trumnę i moje splątane myśli łączyły się w jedno słowo, które uwierało dotkliwie: Nigdy! Nigdy już nie zobaczę Eli, a nawet się z Nią nie pożegnałam. A potem przyszła inna refleksja, że często spóźniamy się w swoich działaniach wobec bliskich nam osób. Zaniedbujemy je, bo wydaje nam się, że mamy jeszcze wiele czasu na okazanie im naszych uczuć, starań, życzliwości, a tymczasem czas biegnie bardzo szybko i często nie możemy już zdążyć. "Spieszcie się kochać ludzi, tak szybko odchodzą" mówi w swoim wierszu Jan Twardowski i słowa te są wciąż aktualne.

Za szybko odeszli również Mieczysław Voit i Mieczysław Czechowicz. Obaj aktorzy od wielu lat czytali teksty w naszym studiu nagrań. M. Voit był wspaniałą osobowością, jedną z tych coraz rzadziej spotykanych indywidualności barwnych, kipiących życiem... Był człowiekiem komunikatywnym, wesołym, towarzyskim. Ile razy przychodził do naszej redakcji, zasypywał nas tysiącem nowin i anegdot. Opowiadał dowcipy w sposób szalenie zabawny, a sypał nimi jak z rękawa. Kiedy dowiedziałam się, że umarł, nie mogłam uwierzyć, że mógł wejść w śmierć z powagą absolutną. Voit nagrał dla niewidomych wiele powieści, m.in. "Trylogię" Sienkiewicza i "Skrzypka na dachu" z ilustracją muzyczną ze ścieżki filmowej. Ale głównie angażowałam Go do utworów poetyckich. Jego sztuka interpretacji poezji była na najwyższym poziomie. Mówiło się o Nim, że może recytować nawet książkę telefoniczną, a wyjdzie z tego poemat. Przeczytał też sporo tytułów o tematyce religijnej na zamówienie księdza Hoinki, duszpasterza niewidomych w Warszawie.

 Mieczysław Czechowicz był aktorem niezwykle lubianym. Miał nieprawdopodobną siłę komiczną, a jednocześnie prywatnie był człowiekiem pełnym ciepła i życzliwości dla ludzi. Promieniowała z niego jakaś dobroć. Zawsze przychodził do nas uśmiechnięty, a było w Jego uśmiechu coś chłopięcego, bezpośredniego, szczerego, czego nauczyć się nie można. Kiedy pierwszy raz do Niego zatelefonowałam i spytałam nieśmiało, czy znajdzie trochę czasu, by nagrać dla niewidomych dzieci kilka wierszy Tuwima i Brzechwy, odpowiedział: "Dla takiej sprawy zawsze znajdę czas". W naszym księgozbiorze znajduje się wiele pozycji dla dzieci w świetnej interpretacji Mieczysława Czechowicza. Wspomnę choćby cały cykl Muminków. Jeszcze przed samym urlopem w lipcu nagrał ostatnią książkę dla niewidomych dzieci pt. "Jakubek i brzoskwinia olbrzymka" Roalda Dahla. Czytał również książki dla dorosłych. Odejście tych obu aktorów to strata ogromna i tym dotkliwsza, że niespodziewana i nagła. Śmierć takich ludzi zubaża świat.