Przede wszystkim dobro dzieci

Józef Szczurek

"Uczniowie obdarzają mnie zaufaniem, może dlatego, że jestem jak oni niewidomy, otwarty na ich problemy, znam ich kłopoty i trudności. Oni znają mój życiorys,

gdyż dużo ze sobą rozmawiamy. Mieszkam przecież na terenie ośrodka, mają więc do mnie ciągle dostęp. Staram się im pomagać i wiem, że nie mogę ich zawieść.

Tę swoją rolę odczuwam jako coś zadanego. Chciałbym młodzieży przekazać jak najwięcej doświadczeń ze swojego życia, czegoś ważnego nauczyć".

Tak mówi o swoim stosunku do uczniów Czesław Kurek - od 21 lat nauczyciel wychowania muzycznego w szkole w Laskach, całym sercem oddany sprawie wychowanków.

Razem ze swym widzącym kolegą Stanisławem Badeńskim, aktorem i reżyserem, w klasach od IV szkoły podstawowej do III gimnazjalnej prowadzi przedmiot pod nazwą "Sztuka". Pan Stanisław wprowadza uczniów w arkana plastyki, rzeźby i teatru. Pan Czesław natomiast stawia sobie za cel rozśpiewanie młodzieży, zaznajomienie jej z podstawowymi elementami muzyki oraz rozbudzenie zainteresowań muzycznych. Chciałby nauczyć młodych słuchania dobrej muzyki, a także pokazać, jakie znaczenie w życiu człowieka ma ta dziedzina sztuki. Czesław Kurek pracuje również z młodszymi klasami, zapewniając akompaniament w czasie lekcji rytmiki.

Ponieważ w Laskach jest też szkoła muzyczna, uczniowie, którzy wykazują głębsze zainteresowania i uzdolnienia muzyczne, mogą podjąć w niej naukę.

Czesław Kurek urodził się w województwie świętokrzyskim w 1944 roku. Do Lasek przyjechał jako czteroletnie dziecko i został umieszczony w przedszkolu. Pani Stefania Skibówna odkryła u niego uzdolnienia muzyczne, zaczęła go więc uczyć gry na fortepianie. Gdy skończył 12 lat, został przeniesiony do krakowskiej szkoły muzycznej dla niewidomych, gdzie jego umiejętności i zdolności rozwijały się w szybkim tempie.

Bardzo ciepło i serdecznie wspomina Czesław szkołę w Krakowie.

"Dzieci w krakowskiej szkole czuły się jak w rodzinnym domu. Funkcję dyrektora pełniła wówczas pani Maria Janik - osoba dobrze zorganizowana, zdecydowana i energiczna, a przecież troskliwa i wiedząca sporo o każdym uczniu. W ogóle wszyscy nauczyciele okazywali nam dużo serca i zainteresowania. Naukę utrudniała ciasnota, bo w niezbyt dużym jednopiętrowym budynku mieszkało i uczyło się, realizując podwójny program, około 60 dzieci. Do nowego lokalu szkoła przeniosła się dopiero kilka lat po moim wyjeździe do Bytomia.

Dzięki wysokiemu poziomowi nauczania mogliśmy spokojnie startować do średnich szkół dla młodzieży widzącej. Bez trudu zdałem egzamin i dostałem się do liceum muzycznego w Bytomiu.

W szkole bytomskiej kierownictwo i grono nauczycielskie było bardzo życzliwe. Dyrektor przyjął nas bez zastrzeżeń, ale powstało pytanie, kto nas będzie uczył gry na głównym instrumencie. Mówię "nas", gdyż o przyjęcie starał się wraz ze mną mój przyjaciel, również absolwent szkoły krakowskiej - Leon Pilny.

Byliśmy tam pierwszymi niewidomymi uczniami. Do swojej klasy fortepianu przyjęła nas bez większych obaw profesor Adolfina Jasińska. Na końcowym egzaminie z fortepianu dostałem piątkę.

Po ukończeniu pięcioletniego liceum z zatrudnieniem nie miałem problemów. Zaproponowano mi pracę muzyka w lokalach rozrywkowych przy Wojewódzkim Przedsiębiorstwie Przemysłu Gastronomicznego. Grałem na fortepianie w renomowanych kawiarniach jako solista. Sprzyjało to doskonaleniu techniki muzycznej. Wykonywałem głównie muzykę improwizowaną, dającą duże możliwości twórcze.

Każdy, przynajmniej na początku, ma jakiegoś muzyka, który mu służy za wzór. Moimi mistrzami w aranżacji byli Jerzy Wasowski, Piotr Figiel, Andrzej Kurylewicz i Katarzyna Gertner. Po dziesięciu latach solowego muzykowania już do końca swej pracy w lokalach rozrywkowych grałem w zespołach razem z muzykami widzącymi".

Będąc jeszcze w liceum, za namową Kazimierza Jaworka, ówczesnego prezesa Śląsko-Zagłębiowskiego Okręgu PZN Czesław włączył się do działalności artystycznej zespołu instrumentalnego istniejącego przy chorzowskiej spółdzielni niewidomych.

"Był to - jak stwierdza po latach - dobry zespół, o dużym stopniu profesjonalizmu. Kazimierza Jaworka wspominam z uznaniem i serdecznością. Pomógł mi niejednokrotnie w trudnej sytuacji. Przy każdej okazji zachęcał też do pracy społecznej wśród niewidomych".

Przez pierwsze lata pobytu na Śląsku Czesław mieszkał jako sublokator u państwa Teresy i Henryka Warasieckich (mieszkanie spółdzielcze otrzymał w 1967 r.).

Traktowali go jak syna i nawet wtedy, gdy miał się już dokąd wyprowadzić, nadal mu pomagali aż do końca bytomskiego etapu życia: zapraszali, karmili i okazywali serdeczność, bez której tamten okres byłby jeszcze o wiele trudniejszy. Wdzięczny jest swemu losowi, jak niejednokrotnie podkreśla, że ma wiele szczęścia w życiu, gdyż na swych drogach spotykał wielu dobrych ludzi, na których nigdy się nie zawiódł.

Po dwudziestu latach pracy ten tak popularny w śląskich kawiarniach muzyk zaczął coraz częściej myśleć o zmianie trybu życia. Nie założył własnej rodziny.

Coraz bardziej dawały się we znaki noce spędzane przy fortepianie w zgiełku kawiarnianej atmosfery, samotne dni i poczucie bezcelowości takiego życia.

Przypomniał sobie dawną rozmowę z dyrektorem ośrodka w Laskach Andrzejem Adamczykiem. Usłyszał wtedy, że jeśli przestanie go zadowalać dotychczasowa sytuacja życiowa, może wrócić tam, skąd przed laty wyszedł - do Lasek i podjąć pracę z dziećmi. Myśl ta coraz bardziej nie dawała mu spokoju, ale jednocześnie wiedział, że nie wszyscy przyjmą go tam z otwartymi ramionami, że, w mniemaniu niektórych, dyskwalifikuje go wieloletnia praca w lokalach rozrywkowych.

Bieg rzeczy przyśpieszyła wiadomość przekazana mu przez Krystynę i Stanisława Kozyrów z Warszawy, że w Laskach jest wolne miejsce dla nauczyciela muzyki.

Napisał więc list do swej starszej koleżanki szkolnej - siostry Hieronimy, laskowskiej bibliotekarki i przedstawił jej swe pragnienia i niepokoje. S. Hieronima nie zawiodła. Przekazała list do dyrekcji szkoły i szepnęła, komu mogła, serdeczne słowo poparcia.

Dyskusja na zebraniu rady pedagogicznej miała burzliwy przebieg. Tak, jak się Czesław spodziewał, nie zabrakło oponentów, ale za nim, za jego uczciwością i kwalifikacjami muzycznymi, stali: dyrektor Andrzej Adamczyk oraz siostry Hieronima i Blanka. Ich opinie zwyciężyły. Pod koniec sierpnia 1985 roku Czesław Kurek rozpoczął nowy rozdział swego życia, które stało się pełniejsze, bogatsze i dające wiele satysfakcji i radości.

A oto, co mówi po przeszło dwudziestu latach pracy z młodzieżą.

"Staram się nie stresować uczniów, lecz im pomagać, udzielać pożytecznych rad, pokazywać, jak jest lepiej. Często też chwalę za osiągnięcia. Nauczycielom uczącym muzyki radziłbym, aby wybierali do repertuaru swoich uczniów takie utwory, dzięki którym młodzi muzycy będą mogli zaistnieć na estradzie i zdobyć uznanie słuchaczy. Trzeba do każdego ucznia podchodzić indywidualnie, wtedy łatwiej o sukces. Gdy jednak realizuje się tylko program zalecony odgórnie, często spotykamy się z niepowodzeniem.

Moja praca nie kończy się na obowiązkach szkolnych. Razem ze Stanisławem Badeńskim przygotowuję różne okolicznościowe przedstawienia. Odkryłem w sobie zdolności do układania melodii do piosenek. Komponuję też ilustracje do wystawianych sztuk.

W 1974 roku wygrałem konkurs i uzyskałem licencję pierwszej kategorii w akompaniamencie. Mogę więc brać udział w imprezach estradowych. Akompaniuję przy różnych okazjach: programach artystycznych i festiwalach".

Ci, którzy słyszeli choć raz, jak improwizuje i akompaniuje Czesław Kurek, wiedzą, że robi to kunsztownie i z uczuciem. Jest przy tym łatwo rozpoznawalny wśród innych muzyków ze swojej branży. Twierdzi, że natchnienie czerpie z nagrań nieżyjącego już, znakomitego jazzmana Mieczysława Kosza.

"Mój główny instrument to fortepian, ale gram również na fisharmonii i organach. Ta miejętność najbardziej przydaje mi się, gdy występuję jako organista w ośrodkowej kaplicy i laskowskim parafialnym kościele.

Grając przez tyle lat w lokalach rozrywkowych, marzyłem nieraz pośród gwaru i niepokojącej atmosfery nocnego życia, żeby robić coś innego, mieć regularną, spokojną pracę, która daje poczucie wypełniania jakiejś ważnej roli. Myślałem nawet i o tym, że chciałbym czasem grać w kościele. I to wszystko  się spełniło".

   Nowy Magazyn Muzyczny17-2006