Biografia prasowa  

 

Witold Kondradzki

Matematyk i fizyk

Profesor Polskiej Akademii Nauk

Znawca Indii  

 

 ROZMOWA MIESIĄCa Co pan widzi w tych Indochinach? Magdalena Gajda  

      

ródło: IntegracjaInfo i www.niepelnosprawni.pl  

Data opublikowania: 2010-11-30   

 

To było pierwsze pytanie, które chciałam zadać Witoldowi Kondrackiemu, kiedy dowiedziałam się, że w ciągu 30 lat ponad 20 razy odwiedził Południową Azję. Szybko jednak uznałam, że takie sformułowanie może być niezręczne. Bo pan Witold, fizyk i matematyk, profesor Polskiej Akademii Nauk i przewodnik wypraw do Indochin, jest od ponad 40 lat niewidomy. W 2011 r. chce zabrać do Azji osoby z niepełnosprawnością.   

Urodził się w 1950 r. na warszawskim Żoliborzu, w rodzinie wywodzącej się z Wileńszczyzny. Witold Kondracki, syn Witolda Kondrackiego, żartuje, że to pewnie przez te litewskie korzenie, imię Wielkiego Księcia, który wraz z królem Władysławem Jagiełłą wystąpił przeciw Krzyżakom w bitwie pod Grunwaldem, przechodzi w jego rodzinie z ojca na syna.   

- Byłem zwyczajnym chłopakiem. Lubiłem wspinać się na drzewa, nie unikałem bójek z kolegami. Dobrze wypadałem w za=wodach zręcznościowych, trochę gorzej grałem w piłkę, więc stawiano mnie w bramce. Interesowałem się przyrodą. Całymi godzi=nami mogłem leżeć bez ruchu w trawie, obserwując ptaki, przyglądać się niestrudzonym wysiłkom mrówek, słuchać pasikoników - wspomina dzieciństwo pan Witold.   

Drugą pasją małego Witka była chemia i to, co w niej najbardziej spektakularne - eksperymenty pirotechniczne. To właśnie w wyniku jednego z takich doświadczeń, w 1964 r., domem, w którym mieszkał pan Witold wstrząsnął potężny wybuch. Budynek stracił wszystkie okna, a 14-letni chemik - wzrok. Utrata wzroku nie przeszkodziła jednak panu Witoldowi w dalszej nauce. W 1968 r. skończył liceum ogólnokształcące im. Księcia Józefa Poniatowskiego i rozpoczął studia na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego. 5 lat później bronił tam pracę magisterską i jednocześnie studiował na Wydziale Matematyki tej samej uczelni. W 1973 r. zaproponowano mu stanowisko w Instytucie Matematycznym Polskiej Akademii Nauk. Pracuje tam do dziś na etacie profesora. Prywatnie jest szczęśliwym mężem i ojcem trojga dzieci.  

 

Indie po raz pierwszy   

 

Miłością do Indii zaraził pana Witolda prof. Karpiński, dyrektor Białowieskiego Parku Narodowego.   

- Profesor był bliskim przyjacielem moich dziadków. W Indiach spędził kilka lat jako stypendysta carskiego uniwersytetu w Petersburgu. Jego opowieści i zdjęcia, które pokazywał, dla mnie - 12-letniego wówczas chłopca - były źródłem niezwykłej fascynacji. Od tego czasu studiowałem encyklopedie i atlasy, marząc, że kiedyś wybiorę się do tego pięknego i strasznego kraju. Niedługo później straciłem wzrok, ale marzenia pozostały wciąż żywe - opowiada Witold Kondracki.   

Mijały lata. Pan Witold założył rodzinę, skończył studia i rozpoczął pracę. Kiedy w 1970 roku I sekretarzem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej został Edward Gierek, Polacy zyskali większe szanse na wyjazd za granicę. W 1978 r., pan Witold namówił swojego kolegę - również matematyko-fizyka, Pawła Sadowskiego, aby wybrali się do Indii.   

- Na wydanie paszportów czekaliśmy dwa miesiące. Ale to nie zdobycie dokumentów stanowiło największy problem w organizacji wyprawy. Urzędnicy nawet nie okazywali zdziwienia, kiedy słyszeli, że niewidomy chce jechać na drugi koniec świata. Najtrudniej było z uzyskaniem informacji o kraju, do którego mieliśmy jechać. Nie było wtedy przecież ani książkowych przewodników, ani Internetu - opowiada pan Witold.   

Wspólnie z kolegą odnaleźli więc ludzi, którzy już w Indiach byli. To od nich dowiadywali się m.in. jak korzystać z tamtejszej komunikacji, ile kosztuje przejazd rikszą, gdzie są dzielnice tanich hoteli i gdzie się można tanio wyżywić. Bo zdobycie odpowiedniej kwoty na wyprawę też było wówczas problemem. Pan Witold wspomina, że oprócz jedzenia w proszku i konserw zabrali wtedy ze sobą z Polski przedmioty, które potencjalnie można było sprzedać w Indiach - zegarki, wody kolońskie, butelkę whisky.   

- A kiedy nie mieliśmy już pieniędzy, sprzedawaliśmy to, co mieliśmy w ekwipunku, włącznie z aparatem fotograficznym, kiedy już nie robiliśmy zdjęć, i naszymi plecakami. Do kraju wracaliśmy z workami - opowiada pan Witold.   

Pierwsza wyprawa pana Witolda do Indii była niezwykle trudna, bo prowadziła głównie lądem.   

- Przebijaliśmy się pociągami i autobusami przez Rosję, Azerbejdżan, Iran, Pakistan, aż po dwóch tygodniach dotarliśmy do Indii. W ciągu dwóch miesięcy zjeździliśmy ten kraj od Kaszmiru po Goa. Później trzeba było wracać. W upale i kurzu znów przebijaliśmy się tysiące kilometrów przez Pakistan, Afganistan, Iran aż do Baku, skąd mieliśmy samolot do Warszawy - opowiada Witold Kondracki.   

 

Bo tam powstało zero   

 

Pan Witold, niezrażony trudnościami, w 1979 roku wraz z nieco większą grupą odwiedził Indie po raz drugi. Tym razem poleciał samolotem, co pozwoliło mu dotrzeć także do Nepalu i na Cejlon. W 1980 roku przyszedł czas na Malediwy, a potem na Indochiny.   

- I tak, niepostrzeżenie, stałem się podróżnikiem - śmieje się pan Witold.   

W ciągu ostatnich 32 lat Witold Kondracki był ponad 20 razy w krajach Azji Południowej. Wielokrotnie podróżował po Indiach, Tajlandii, Kambodży, Laosie, Nepalu i Pakistanie. Udało mu się także dotrzeć do Korei Północnej (również służbowo, jako uczestnik międzynarodowych konferencji matematycznych), do Afganistanu i Wietnamu.   

- Największym wyzwaniem była wyprawa do Birmy, dzisiaj zwanej Myanmarem. To duży i niezwykle piękny kraj, ale ludzie żyją tam w niesłychanej nędzy. Mimo to zachowują pogodę ducha i otwartość. Warunki podróżowania są tam bardzo trudne. Trasa wiedzie przez wertepy i bezdroża, na których gdzieniegdzie widać niewielkie płachty asfaltu szumnie nazwane drogą. Siedzenia w środkach komunikacji są bardzo wąskie, bo przeznaczone dla niewysokich Azjatów, i niewygodne. A jeśli kierowca chwali się, że ma w swoim autobusie klimatyzację, to znaczy, że pojazd ma powybijane wszystkie szyby. Ale mimo tego wszystkiego, właśnie Birmę uważam za jeden z najciekawszych krajów, które odwiedziłem - opowiada Witold Kondracki.   

A ja się dziwię. W ciągu 30 lat można przecież przemierzyć cały świat. Dlaczego pana Witolda ciągnie tylko w jeden jego zakątek?   

- Stany Zjednoczone nie podobają mi się. Styl życia Amerykanów jest mi obcy. Brzydzę się ich bezideowością i pogonią za pieniędzmi. Europa niestety się do USA upodobniła, a i Australia to dla mnie taki inny rodzaj Europy lub Ameryki - mówi Witold Kondracki.   

Mieszkańcy Indii zachwycają go swoją jakże odmienną od europejskiej mentalnością i religijnością.   

- W Europie mamy do czynienia z dwoma głównymi nurtami filozoficznymi - idealizmem i materializmem. A w Indiach jest aż osiem różnych systemów filozoficznych i to tak szczegółowo dopracowanych, że Europejczykom, nawet tym, którzy byli tam wiele razy, udaje się ich jedynie dotknąć, ale nie zgłębić. Ale nawet ten "dotyk" sprawia, że człowiek zaczyna inaczej patrzeć na życie, ludzi, czas - mówi Witold Kondracki. Dla niego, jako matematyka, Indie to także kolebka wielu osiągnięć cywilizacyjnych.   

- To z Indii pochodzi pojęcie "zera", najważniejszej liczby w matematyce, i dziesiętny system zapisu liczb, tzw. arabski, bez którego matematyka by nie istniała - przypomina prof. Kondracki.   

 

Chcę pokazać Indie niepełnosprawnym   

 

W ciągu 30 lat pan Witold namówił na wspólne wyprawy do Indii ponad 100 osób. Dodajmy - osób sprawnych, które pokochały ten kraj równie mocno, jak pan Witold, i wciąż do niego wracają.   

- Własną żonę zachęcałem przez 15 lat, ale w końcu zgodziła się. W Indiach i Indochinach byliśmy razem już pięć razy - śmieje się pan Witold. Przyznaje, że dojrzał do tego, aby zorganizować i poprowadzić wyprawę do Indochin dla osób z różnymi rodzajami niepełnosprawności.   

- Wiem z własnego doświadczenia, czego potrzebują niewidomi i co sprawia im największy kłopot podczas podróży, zwłaszcza po zupełnie nieznanym terenie. A jeśli chodzi o osoby niepełnosprawne ruchowo, to ich oczekiwania zna doskonale pani Józefina Bal, która będzie nam towarzyszyć - mówi Witold Kondracki.   

Wyprawa do Tajlandii, Kambodży i Laosu będzie trwała ok. 4 tygodni i ma się odbyć na przełomie sierpnia i września przyszłego roku. To pora monsunowa, kiedy temperatury w tym regionie świata osiągają dość znośny poziom - około 30 stopni Celsjusza.   

Pan Witold ma ogromne doświadczenie w projektowaniu tras wypraw. Doskonale też wie, jak dogadać się tubylcami. Ale pokrycie kosztów wyprawy to już indywidualna sprawa każdego uczestnika.   

- Najdroższy jest bilet na samolot w obie strony, który kosztuje ok. 3 tys. złotych. Reszta kosztów - noclegi, jedzenie, bilety wstępu do muzeów i innych obiektów turystycznych - zamyka się w kwocie ok. 16 euro na dobę - mówi pan Witold.   

Pan Witold jest gotów zabrać ze sobą ok. dziesięciu osób: pięć z niepełnosprawnością i ich przewodników lub asystentów. Uspokaja, że Indochiny są bezpieczne, mają dobrze rozwiniętą infrastrukturę turystyczną, wygodne autobusy i pociągi, liczną bazę hotelową, a program wyjazdu zostanie tak ułożony, aby nie było zbyt długich przejazdów z miejsca na miejsce. Ale to nie znaczy, że jest to łatwa wyprawa.   

- Osoby, które chciałyby ze mną pojechać, muszą zdawać sobie sprawę, że to nie jest zorganizowana wycieczka z biurem podróży. Że będziemy zdani na siebie, że będziemy nocować w najtańszych hotelach, gdzie w pokoju jest jedynie łóżko, krzesło i wentylator, a w łazience - toaleta i umywalka. Że będziemy stołować się w tanich miejscach, często na ulicy. Ważne jest więc, aby uczestnicy wyprawy byli nie tylko w jak największym stopniu samodzielni, ale także energiczni, wyrozumiali, cierpliwi i posiadali umiejętność przystosowania się do życia w różnych warunkach. Powinni też posiadać przy sobie czynne telefony komórkowe i znać język angielski przynajmniej w stopniu komunikatywnym. To wszystko na wypadek, gdyby odłączyli się od grupy - mówi Witold Kondracki.   

Chętni do udziału w wyprawie Tajlandia - Kambodża - Laos, mogą skontaktować się z Witoldem Kondrackim telefonicznie, pod numerem: 666 343 929.   

 

Wstępny program wyprawy Tajlandia - Kambodża - Laos   

 

1. Bangkok - 3 dni: zwiedzanie miasta   

2. Przejazd do Kambodży, do miasta Siem Reap - 3 dni pobytu: zwiedzanie starożytnego miasta Angor, wycieczka do muzeum min przeciwpiechotnych   

3. Przejazd do Phnom Phen (stolicy Kambodży) - 3 dni pobytu: zwiedzanie Pól śmierci i więzienia, zwiedzanie Pałacu Królewskiego  

4. Przejazd do Wientianu (stolicy Laosu) - 3 dni pobytu: zwiedzanie zabytkowych pagod   

5. Przejazd do Van Wien - 2 dni pobytu: odpoczynek, spływ rzeką na kajakach  

6. Przejazd do Luang Prabang (dawnej stolicy) - 3 dni pobytu zwiedzanie miasta wpisanego na listę światowego dziedzictwa kultury  

7. Podróż statkiem rzeką Mekong do granicy z Tajlandią - 2 dni  

8. Przejazd do Chiang Mai - 4 dni pobytu: zwiedzanie zabytków, wycieczka do wioski kobiet o długich szyjach, wycieczka na farmę słoni, wycieczka do ośrodka hodowli tygrysów  

   9. Przejazd do Bangkoku - 4 dni.  

Wiedza i Myśl marzec 2011