ROZMOWA miesiąca

Z Jackiem Zadrożnym rozmawia Stanisław Kotowski  

     

Publikacja własna "WiM"  

     

S.K. - Panie Jacku! Ma Pan 40 lat oraz różnorodne doświadczenia i przemyślenia. Wielu naszym Czytelnikom jest Pan znany z walki o realizacji konstytucyjnego prawa do tajnego, samodzielnego głosowania niewidomych. To jednak tylko drobna cząstka Pańskiej działalności. Był Pan osobą słabo widzącą, a teraz jest osobą całkowicie niewidomą. Ponadto po wypadku na Dworcu Śródmieście ma Pan trudności z chodzeniem. Pracował Pan najpierw na poczcie, następnie w biurze ZG PZN, a obecnie jest Pan dyrektorem warszawskiego oddziału Fundacji Instytut Rozwoju Regionalnego. Jest Pan żonaty i ma uroczą  córeczkę Maję, żona jest osobą słabo widzącą.

Pańskie doświadczenia, osiągnięcia i oceny z pewnością zainteresują naszych Czytelników.

Najpierw proszę opowiedzieć do jakich szkół Pan uczęszczał, gdzie i jakie zdobył wykształcenie? Czy były to szkoły dla niewidomych, dla słabo widzących czy ogólnodostępne?

 

J.Z. - Bardzo dużo już Pan o mnie powiedział, więc tylko uzupełnię. Od dzieciństwa byłem słabo widzący i dlatego uczęszczałem do szkoły podstawowej dla dzieci słabo widzących w Warszawie przy ul. Koźmińskiej. Po wielu latach pytałem rodziców, dlaczego posłali mnie właśnie do takiej szkoły, wzruszali ramionami i twierdzili, że tam zostałem skierowany. Takie to były czasy.  

Potem uczyłem się w liceum ogólnokształcącym najbliżej mojego domu. Po jego ukończeniu rozpocząłem pracę. Pracowałem przez siedem lat na Poczcie Głównej w Warszawie, gdzie zajmowałem się przygotowywaniem przelewów bankowych. W międzyczasie przez rok studiowałem ekonomię, ale jakoś ten kierunek nie przypadł mi do gustu i studia przerwałem.  

W wieku 26 lat gwałtownie pogorszył mi się wzrok i nie mogłem już pracować w dotychczasowym miejscu. Utrata pracy i wzroku załamała mnie i przez kilka lat prawie nie wychodziłem z domu.  

Stopniowo wracałem do życia, a przełomowym dla mnie rokiem był 2003. W marcu zacząłem pracować, w lipcu poznałem moją przyszłą żonę Ewę, a w październiku podjąłem studia zaoczne na Uniwersytecie Warszawskim. Od tego czasu moje życie układa się pomyślnie, chociaż czasem natrafia na mielizny, to jednak mam wsparcie w bliskich i jakoś płyniemy dalej.  

 

S.K. - A więc wyższe wykształcenie zdobył Pan już jako osoba dorosła, pracująca, głowa rodziny. Chyba nie było to łatwe zadanie. Jak Pan ocenia te trudności?

 

J.Z. - Miałem sporo obaw przed podjęciem studiów. Jak sobie poradzę z czytaniem książek i zdawaniem egzaminów? Czy nawiążę kontakty z innymi studentami? To były obawy przed nowymi wyzwaniami, które okazały się zupełnie bezpodstawne. Kierunek wybrany nieco na ślepo, okazał się trafiony niemal idealnie. Studiowanie szło mi na tyle dobrze, że zarówno pierwszy, jak i drugi stopień studiów ukończyłem z wyróżnieniem. Uniwersytet Warszawski jest bardzo otwarty i dostępny, a zasługi w tym położył przede wszystkim Paweł Wdówik - kierownik biura ds. osób niepełnosprawnych. I chociaż nie korzystałem wcale z usług tego biura, to wszędzie widać było jego oddziaływanie. Nikt mi nie zabraniał nagrywania wykładów, a egzaminy zdawałem w formach alternatywnych: ustnie lub na komputerze.  

Oczywiście nie znaczy to, że nie miałem żadnych problemów. Każda kolejna sesja to był ogromny stres. Wiele godzin przygotowań do egzaminów, zajęcia w weekendy po całym tygodniu pracy, a także kłopoty finansowe sprawiły, że z ulgą zakończyłem ten etap. Jednak wkrótce okazało się, że czegoś mi jednak brakuje i zacząłem myśleć o następnych studiach. W październiku br. rozpocząłem studia trzeciego stopnia, czyli doktoranckie.  

 

S.K. - Proszę opowiedzieć o swojej drodze od pracy na poczcie do stanowiska dyrektora w Fundacji Instytut Rozwoju Regionalnego.

 

J.Z. - Jak już wcześniej mówiłem, moją pierwszą pracą po maturze była praca urzędnicza w przedsiębiorstwie państwowym Poczta Polska. To była praca nudna, mało ambitna i coraz częściej pomijam ją w moim życiorysie. Trwała jednak siedem lat, aż do utraty wzroku i przejścia na rentę w 1996 roku.  

Przez następne siedem lat nie pracowałem w ogóle zawodowo, a jedynie społecznie w Okręgu Mazowieckim PZN. Tam też uzyskałem po raz pierwszy dostęp do rehabilitacji: dwudziestogodzinnego kursu poruszania się z białą laską. Na tym właściwie był koniec. Brajla nauczyłem się sam, za następne godziny treningu orientacji przestrzennej zapłaciłem z własnej kieszeni, a także zamieniłem fatalną czeską aluminiową laskę długości 130 cm na porządną, sztywną amerykańską o długości 156 cm. Od tego momentu stawałem się coraz bardziej samodzielny.  

W pewnym momencie trafiłem na szkolenie organizowane przez Zarząd Główny PZN, a wkrótce otrzymałem propozycję zatrudnienia w Zarządzie Głównym. A złożył mi ją siedzący naprzeciwko Stanisław Kotowski. Zdecydowałem się od razu i nie żałuję, choć z PZN-em nic już mnie nie wiąże.  

 

S.K. - Ja również nie żałuję tej propozycji, ale proszę kontynuować.

 

J.Z. - W ZG PZN pracowałem prawie trzy lata i wiele się nauczyłem. Napisałem pierwsze wnioski o środki unijne na projekty rehabilitacyjne. Zrealizowałem projekt "Reaktywacja" dla młodzieży i kilka innych. Potem zaczęło się coś psuć i coraz trudniej było mi znaleźć sobie tam miejsce. Nie byłem w tym odosobniony, bo od czasu mojego odejścia z końcem 2005 roku odeszli chyba prawie wszyscy niewidomi pracownicy.  

 

S.K. - Chyba niełatwo było podjąć taką decyzję?

 

 

J.Z. - Tak, decyzja ta była trudna. Miałem już wtedy rodzinę, a z czegoś trzeba było żyć. Podjąłem jednak to ryzyko i opłaciło się. W grudniu 2005 roku otrzymałem cztery oferty pracy, z których wybrałem tą, którą złożył mi Aleksander Waszkielewicz - wiceprezes Fundacji Instytut Rozwoju Regionalnego. Dodatkową "atrakcją" był fakt, że siedziba FIRR mieści się w Krakowie. Zapowiadało się więc jeżdżenie pociągami.  

 

S.K. - Ale to chyba nie był przypadek, że otrzymał Pan aż cztery propozycje pracy? Coś takiego nie zdarza się często.

     

    J.Z. Pewnie miałem trochę szczęścia, ale postanowiłem je złapać i udało się. Moim zdaniem bardzo ważne jest, żeby nie bać się ryzyka, bo ono najczęściej się opłaca.

 

S.K. - Też tak myślę. Ale co z tymi dojazdami do Krakowa?

 

 

J.Z. - Faktycznie - jeżdżenia było sporo. Raz lub dwa razy w tygodniu jechałem na cały dzień do Krakowa. Przez resztę dni pracowałem w domu lub odwiedzałem różnych ludzi i nawiązywałem kontakty zawodowe. A pod koniec 2007 roku otworzyliśmy biuro w Warszawie przy al. Jana Pawła II i w ten oto sposób zostałem dyrektorem. Ale dyrektorem jestem głównie na wizytówkach, bo zespół działa sprawnie i nie wymaga dozoru. Mam zatem to szczęście, że zajmuję się głównie pracą merytoryczną, a nie administracyjną. Zatem pewnie marny ze mnie dyrektor.  

 

S.K. - Jak Pan ocenia obecną swoją pracę w porównaniu z wcześniej wykonywanymi? Czy pełnienie funkcji kierowniczej, nawet w tak dobrym zespole, jest dla osoby niewidomej łatwym zadaniem? Jakie są tu ograniczenia i możliwości?

 

J.Z. - Mogę z całą pewnością powiedzieć, że moja obecna praca daje mi bardzo dużo satysfakcji. Mogę ją porównać tylko z pierwszym okresem pracy w ZG PZN, ale tam nie miałem tyle swobody w decydowaniu. A stanowisko kierownicze... Dla mnie oznacza właściwie tylko tyle, że inni mogą się do mnie zwrócić o pomoc. Jakiś czas temu nauczyłem się też czegoś nowego: przydzielanie pracy innym zajmuje mnóstwo czasu.  

 

S.K. - Dla naszych Czytelników bardzo interesujące będą Pańskie doświadczenia, odczucia i oceny z okresów przygotowawczych, tj. do życia jako osoby słabo widzącej, a następnie niewidomej. Jak już wspomniałem, Pańska żona jest osobą słabo widzącą. Ma więc Pan możliwości codziennego porównywania życia osoby niewidomej z życiem osoby słabo widzącej. Jak wypadają te porównania?

 

J.Z. - Nie wiem, jak to jest dobrze widzieć. Od zawsze wzrok miałem dosyć słaby, ale dostosowywałem się na bieżąco. Wzrok - chociaż słaby - przez wiele lat nie pogarszał się, a ja wiodłem zwyczajne życie, bez renty, kontaktu ze środowiskiem osób niewidomych. To nawet nie był świadomy wybór - po prostu żyłem w innym środowisku. A przecież formalnie jestem lub byłem członkiem PZN od 1977 roku. Wtedy z automatu zapisywano do Związku wszystkie dzieci niewidome i słabo widzące.  

Wszystko zmieniło się w 1996 roku, gdy wzrok zaczął mi się gwałtownie pogarszać. Nikomu nie życzę stresu, jaki się z tym wiązał. Brak akceptacji z mojej strony jeszcze wszystko pogarszał: byłem już niewidomym, a udawałem widzącego. Zamiast białej laski - teczka wysunięta do przodu, a zamiast przyznania się do ślepoty - udawanie pijanego. To było chore, ale o tym wiem teraz. Wtedy po prostu nie wiedziałem, co mam robić.  

Brak kontaktu ze środowiskiem osób niewidomych sprawię, że kompletnie nie wiedziałem, co mogę robić. Poszedłem nawet do poradni PZN przy ul. Nowy Świat, ale niczego mi to nie dało. Nadal byłem pozostawiony samemu sobie. Popadłem w stan, który zapewne był depresją, ale nikt go nie zdiagnozował, więc pewności nie mam.  

Po jakimś czasie zacząłem z tego wychodzić, a pomagała mi w tym moja ciekawość świata. Nabyty wcześniej komputer wyposażyłem w demonstracyjne wersje screenreaderów i kupiony za własne pieniądze syntezator mowy i program OCR. Jakoś się zaczęło i uruchomiłem serwis internetowy "Komputer dla niewidomych", który był dosyć często odwiedzany i nawet chwalony.  

Tak minęło parę lat przesiedzianych w domu, aż w końcu zacząłem się uczyć samodzielnego poruszania się. Najpierw konkretne trasy, a potem coraz odważniej wypuszczałem się w nowe miejsca. Odkryłem, że to właśnie jest klucz do samodzielności. Przez długi czas uważałem, że tylko samodzielne poruszanie się daje osobie niewidomej szansę na samodzielność. Teraz myślę nieco inaczej, ale to przychodzi z czasem.  

 

S.K. - Niestety, nie Pan jeden motał się z trudnościami po utracie wzroku, bez należytej pomocy rehabilitacyjnej. PZN i inne stowarzyszenia, niestety, nie mogą zapewnić takiej pomocy wszystkim potrzebującym. Moich rozmówców pytam o ich oceny kondycji ruchu niewidomych w Polsce. Kondycja ta wiąże się ściśle z możliwością udzielania pomocy rehabilitacyjnej. Obawiam się, że ruch ten przeżywa głęboki kryzys. Jak Pan ocenia tę sytuację?

 

J.Z. - Ja tak nie uważam. Ten ruch przeżywa przemianę, która jest konieczna. Odchodzimy powoli od monopolu PZN w kierunku mniejszych, a za to prężniej działających organizacji skupiających się na konkretnych obszarach działalności. O kryzysie możemy mówić w wypadku PZN, który nie potrafi odnaleźć się w tej nowej sytuacji. Traktuje inne organizacje jak wrogów, a przynajmniej jak konkurencję, a przecież współpraca może przynieść korzyści obu stronom. Dopóki władze PZN tego nie dostrzegą - będą powstawały kolejne organizacje, bo ich założyciele będą wychodzić z założenia, że w ramach PZN wielu rzeczy nie da się zrobić.  

Wbrew temu bowiem, co myślą niektórzy, w działalności pozarządowej nie liczy się masa, lecz aktywność. Mała grupka ludzi skupiona wokół pewnego obszaru działalności może zdziałać więcej, niż licząca kilkadziesiąt tysięcy członków organizacja. To trochę jak z malowaniem mieszkania - jeden człowiek pomaluje je w trzy dni, trzech ludzi w jeden dzień, a trzydzieści nie pomaluje go nawet w miesiąc, bo będą sobie nawzajem przeszkadzać. Jakie może być stanowisko PZN w konkretnej sprawie? Przecież nie da się go uzgodnić z kilkudziesięcioma tysiącami członków...  

Organizacje pozarządowe rozwijają się podobnie jak przedsiębiorstwa. Zaczynają od małej klitki i kilku osób, by po pewnym czasie obumrzeć lub rozwinąć się do organizacji średniej. I to jest kluczowy moment rozwoju, bo można pójść zasadniczo w dwóch kierunkach: instytucjonalizacji lub regresu. Instytucjonalizacja oznacza względną trwałość, a jednocześnie konieczność poświęcenia części ideałów. Ten kierunek wymaga dobrego zarządzania. Złe zarządzanie doprowadzi do regresu, a wreszcie do upadku organizacji. Niech nas to jednak nie boli, bo na miejsce tych dwóch organizacji powstaną nowe - młode i prężne. To taki darwinizm, który świetnie się sprawdza, bo zawsze daje ludziom aktywnym możliwość wykazania się w działaniu. To monopolizacja prowadzi do zastoju i rozleniwienia, a zatem jest szkodliwa dla środowiska.  

 

 

S.K. - Jakie perspektywy widzi Pan dla tego ruchu? Czy Pańskim zdaniem potrzebna jest lub potrzebne są silne stowarzyszenia niewidomych i słabo widzących? A może powinny to być oddzielne stowarzyszenia? A może ich członkami zwyczajnymi powinny być również osoby widzące? Może lepsze okazałyby się stowarzyszenia opiekuńcze, w których ludzie widzący działaliby na rzecz niewidomych i słabo widzących? Jakie jest Pańskie zdanie na podobne tematy?

 

J.Z. - Teraz to mnie Pan podpuszcza. Oczywiście muszą powstawać różne organizacje, także opiekuńcze, bo przecież są osoby wymagające po prostu opieki. Ja jednak uważam, że zupełnie podstawową, elementarną rzeczą, jest upodmiotowienie osób niepełnosprawnych. Organizacje "opiekuńcze" temu nie służą. Ludzie z różnymi niepełnosprawnościami muszą zrozumieć, że są obywatelami naszego kraju i mogą oczekiwać, że państwo zagwarantuje im równe traktowanie. Równe nie oznacza, oczywiście, takiego samego traktowania, o czym często zapominają ludzie, w tym także decydenci. My akurat mamy pewne ograniczenie, którym jest brak wzroku. Zatem państwo powinno nam zapewnić możliwość realizowania swoich praw, obowiązków i aspiracji w sposób dopasowany do naszych możliwości. Stąd moje działania w obszarze prawa wyborczego. Jesteśmy bowiem traktowani "tak samo" jak inni wyborcy, a powinniśmy być traktowani "równo". Różnica jest zasadnicza, a przecież wciąż nie dostrzegana. Dostajemy do ręki kartę do głosowania i żadnych narzędzi, by ją w sposób tajny wykorzystać. To są takie nasze trzy schodki przed wejściem do urzędu - są przecież dla wszystkich, więc także dla osoby na wózku. Zdarzało mi się, że moim działaniom zarzucano roszczeniowość, a ja nie oczekuję niczego więcej, niż dania mi możliwości takich samych, jak innym obywatelom.  

Pytał Pan, czy potrzebne są nam silne organizacje. Oczywiście, że są potrzebne. Muszą być jednak silne kompetencjami, mądrością i solidnością, a nie liczbą członków. Jak już wcześniej powiedziałem - duża liczba członków może czasem szkodzić, a nie pomagać. W dużej masie pojawia się anonimowość, rozmycie odpowiedzialności, a przede wszystkim - powstają tajemnicze powiązania towarzyskie, polityczne i biznesowe. To jest zupełnie naturalne i trudno tego uniknąć.  

 

S.K. - Proszę powiedzieć, jakie dla niewidomych i słabo widzących, Pańskim zdaniem, są obecnie najpilniejsze sprawy do załatwienia?

 

J.Z. - Dla mnie to jest źle postawione pytanie. Nie ma żadnego abstrakcyjnego, przeciętnego niewidomego, a więc nie ma żadnej sprawy, która dotyka każdego i jest do załatwienia. Dla jednych będzie to podniesienie renty, dla innego rehabilitacja, dla jeszcze innego - czasopisma w brajlu. Dla mnie osobiście czasopisma w brajlu są zupełnie obojętne, rentę oddaję ZUSowi, a rehabilitację już zakończyłem. Dla mnie ważny jest szacunek dla osób niewidomych, uznanie ich podmiotowości i tym się będę zajmował. Nie znaczy to, że pozostałe kwestie są mniej ważne, tylko mnie nie dotyczą. Moim konikiem jest dostępność, szczególnie dostępność informacji. Jest tutaj dużo do zrobienia i mam zamiar edukować, informować i interweniować w tej sprawie. Innym pozostawiam walkę o brajla lub o renty.  

Jeżeli jednak pyta Pan, co jest potrzebne największej grupie osób niewidomych, to uważam, że działający system wsparcia. Dotyczy to w szczególności rehabilitacji, ale nie tylko. W Polsce rząd zrzekł się rehabilitacji przekazując ją organizacjom pozarządowym. Teraz nie chce jej nawet finansować, a jednocześnie przekazuje miliardy złotych zakładom pracy chronionej, w których ludzie niepełnosprawni pracują poniżej swoich kwalifikacji i za marne wynagrodzenie. Jeszcze bardziej boli to, że traktowani są jak śmiecie, których łaskawi pracodawcy trzymają z litości, a jak nie dostaną odpowiednich dotacji, to po prostu ich zwolnią. To jest oburzające, bo wykorzystują swoich pracowników do walki o pieniądze z PFRON-u w sposób niegodny. Uważam, że likwidacja segregacyjnego rynku zatrudnienia powinna być obecnie priorytetem.  

 

S.K. Rzeczywiście, poruszył Pan istotne problemy. Jakie Pańskim zdaniem, są możliwości załatwienia tych spraw? Co należy zrobić, żeby je załatwić?

 

J.Z. - Lobby zakładów pracy chronionej jest bardzo silne i zorganizowane. Niestety - po ich stronie czasem stają też organizacje reprezentujące osoby niepełnosprawne - albo przekonane argumentami, albo dlatego, że czerpią korzyści z tego samego źródła. Dostrzegam pewne działania rządu w kierunku ograniczania rynku segregacyjnego, ale są za mało wspierane przez organizacje pozarządowe. Przyszłością jest życie w społeczeństwie, a nie w gettach.  

 

S.K. - Pańska córeczka ma teraz trzy i pół roku. Kiedy się urodziła, Pan pracował zawodowo i studiował. Czy znajdował Pan czas na zajmowanie się dzieckiem? Jakie prace wykonuje Pan w domu?

     

    J.Z. - Zawsze starałem się znaleźć czas i nadal go znajduję. Kiedy Maja była mniejsza pomagałem w myciu i układaniu jej do snu. Nadal to robię, ale teraz doszła edukacja komputerowa, a od kilku dni uczymy się rozpoznawać godziny na zegarze. W domu zajmuję się wieloma rzeczami: zmywam naczynia, ścielę łóżka, wynoszę śmieci, naprawiam różne rzeczy, w tym przepycham czasem sedes i naprawiam odpływ w zlewozmywaku. Nie gotuję i nie odkurzam, bo tego nie znoszę, ale staram się uczciwie dzielić pracą z Ewą.  

 

S.K. - Na obowiązkach świat się nie kończy. Czym zajmuje się Pan w czasie wolnym od obowiązków, co lubi robić, jakie są Pańskie zainteresowania?

 

J.Z. - Czytam bardzo dużo książek. Zmywając lub sprzątając mam na uszach słuchawki i słucham książki. Rano się budzę pierwszy i także sięgam po książki. Słowo pisane jest dla mnie bardzo cenne - niesie wiedzę i daje możliwość spojrzenia na sprawy z innej strony. Poza tym prowadzę regularnie bloga, co też zajmuje mi trochę czasu i ciągle się uczę. Czasem wyjdziemy na piwo z przyjaciółmi, chociaż taki wypad trzeba zorganizować, bo przecież nie pójdziemy do "Gniazda piratów" lub "Korsarza" z Mają. Brakuje mi czasu na muzykę i film, choć przez wiele lat było to moje hobby. Poza tym ostatnio w kinie jest dla mnie stanowczo za głośno. Może to objaw nadchodzącej starości, ale raczej podejrzewam, że to filmy są puszczane za głośno.  

 

S.K. - Co chciałby Pan dodać do wcześniejszych wypowiedzi? Może coś o swoich planach na przyszłość, o marzeniach?

     

    J.Z. - Ja ciągle poszukuję. Wciąż mi czegoś brak i potrzebuję zmian. Natomiast marzenia... Chciałbym mieć więcej czasu, bo ciągle mi go brakuje, a tyle jest do zrobienia.  

 

S.K. - Dziękuję za bardzo interesujące wypowiedzi. Myślę, że wiele osób one zainteresują, myślę, że wiele osób zechce się nad nimi zastanowić. Panu i sobie życzyłbym, żeby chciały zastanowić się nad Pańskimi przemyśleniami również osoby piastujące najwyższe funkcje w naszym środowisku. Dziękuję.

   Stanisław Kotowski

Wiedza i Myśl listopad 5010Ś