Pamięci Stefana Wantucha  

    Stefan Wantuch, syn Mikołaja i Marii z Wiśniewskich,   urodzony 8.04.1928 we Lwowie, odszedł od nas w dniu 24 marca 1998 we Wrocławiu.  Cześć Jego pamięci i pokój Jego duszy.  

 
Stefana poznałem we Lwowie w szkole dla niewidomych  przy ul. św. Zofii nr 30. Był to rok 1943.  W tym roku właśnie straciłem wzrok i rozpocząłem inne niż dotychczas życie w tzw. "królestwie nocy". Jednym z pierwszych moich niewidomych kolegów, których zapamiętałem wyraźnie, był Stefan. Miły, wesoły, zwinny, sprawnie poruszający się w przestrzeni, jak na niewidomego. Miał absolutny słuch muzyczny, grał na fortepianie, organach i fisharmonii.

 Moi nowi koledzy, niewidomi chłopcy i dziewczęta, pięknie śpiewali dumki, ballady, lwowskie i legionowe piosenki. Wtedy unosił się nad nami biały orzeł wolności, polskości i niepojętej tęsknoty. A wokół nas była wojna. Niemcy, okupacja, strach, niedostatek i głód. Jednak życie toczyło swój codzienny ruczaj, a kalendarz odmierzał swój czas, zły i dobry, jedną astronomiczną, nieodwołalną miarą.  

   Kiedy przed Bożym Narodzeniem omawialiśmy z nauczycielami,   jak i czym przyozdobimy szkolną choinkę, Stefan wykrzyknął swoje pragnienie:   - Chciałbym, żeby była wielka, żeby sięgała do powały i żeby od stóp do głów była obwieszona cała wielkimi kromkami białego chleba.  
Nie mówił o łakociach, cukierkach i czekoladkach. Mówił o chlebie. No cóż, mieliśmy nieco inne marzenia niż dziś, nieco inne.  

  Tymczasem za oknami naszych domów i naszej szkoły Trzecia   Rzesza Niemiecka pod batutą Adolfa Hitlera grała nam nieustannie marsza zagłady. Tak zginęli na wzgórzu Wóleckim lwowscy uczeni - polscy intelektualiści, których pomnik znajduje się obecnie we Wrocławiu przy Politechnice. Tak zginęły tysiące niewinnych w więzieniach lwowskich przy Łąckiego, Kazimierzowskiej, w obozie przy Janowskiej, w masowych egzekucjach na tzw. piaskach pod Lwowem.   
Ginęli Polacy, Żydzi, Cyganie, jeńcy sowieccy i inni, a w tym żebracy, kalecy, inwalidzi wzięci z ulicznych łapanek. Wywożeni na piaski ginęli od serii karabinów maszynowych.  A my niewidomi w szkole z internatem przy św. Zofii, na przekór zagładzie, uczyliśmy się polskiego języka, polskiej historii, bohaterskiej obrony polskich miast: Głogowa, Niemczy i Wrocławia, przed niemiecką napaścią kierowaną przez cesarza Henryka II. Został on po swojej śmierci wyniesiony na ołtarze kościoła jako święty.   Uczyliśmy się geografii naszego kraju. Stefan, w ramach pomocy koleżeńskiej - był parę lat starszy ode mnie - przepytywał mnie z lewych i prawych dopływów Wisły i wprowadzał w świat dotyku na brajlowskiej mapie Polski, którą nićmi na kartonie wyszyła nasza nauczycielka, wspaniała i kochana pani Kaćmianka - pani Stanisława Kaćma.   Skąd mogłem wiedzieć wtedy, że już wkrótce, za niedługo,   Głogów, Niemcza i Wrocław staną się znów polskimi miastami. Skąd mogłem wiedzieć wtedy, że mój, że nasz kochany Lwów, przestanie być polskim miastem, dumnym ze swoich orląt, których mogiły na cmentarzu Łyczakowskim mówiły o miłości ojczyzny, polszczyzny, po wszystkie - zdawało się - czasy, bowiem Leopolis Semper Fidelis.  A jednak opuściliśmy Lwów. Wyjechaliśmy ze Lwowa, nie    z własnej woli i nie z własnej chęci, lecz pod przymusem Układu Jałtańskiego.

   
Stefan wyjechał w 1944 roku. Jeszcze przed wejściem do Lwowa Sowietów w lipcu. Ja wyjechałem w 1946 roku, po dwóch latach szkolnej nauki w języku ukraińskim i rosyjskim. Przez dwa lata byłem uczniem radzieckiej szkoły. Moimi nauczycielami byli Ukraińcy i Rosjanie. Okazali się życzliwymi, dobrymi, mądrymi ludźmi. Oni jako nauczyciele potrafili kochać wszystkich swych uczniów bez wyjątku. Do mnie, jako do jedynego w szkole Polaka, odnosili się ze szczególną sympatią:   a - Zostań z nami, Andrijku -  mówili  - nigdzie nie wyjeżdżaj, tu ci będzie najlepiej razem z nami, urodziłeś się przecież we Lwowie.  

  Gdzieś obok, po złej stronie historii Polaków i Ukraińców,   czaiła się podsycana zgubna nienawiść, nacjonalizm, banderowcy i świeżo rozlana bezsensownie krew. W maju
wyjechałem ze Lwowa. Parania, Sonia i Hanka Cymbałka - nasze ukraińskie koleżanki, ściskając mnie na odjezdnym, wołały:   - Pozdrów Stefana od nas, gdy go spotkasz gdzieś w Polsce-.  
I spotkałem Stefana w Polsce, w Laskach pod Warszawą. W sławnych Laskach. W "polskiej Sorbonie" dla niewidomych. Nasze ścieżki znów się zetknęły, a był rok 1947. Stefan wstąpił do
naszej drużyny harcerskiej, znakomicie i interesująco prowadzonej przez panią Alę Gościmską. Aktywnie się udzielał, kierując chórem i przygotowując wszelkie imprezy muzyczne. Dzięki temu zdobywaliśmy wiele zaszczytnych nagród i wyróżnień.  Jeśli chodzi o samego Stefana, uczył się gry organowej w Warszawie. Mieszkając w Laskach w internacie, tak jak ja, szedł tokiem ogólnokształcącym, zdobywając małą maturę. Uzyskał również świadectwo ukończenia kursu leczniczego masażu klasycznego, co dawało możność podjęcia pracy w zawodzie masażysty.  Gdy nasze szkolne życie w Laskach toczyło swój ruczaj   codzienności, a kalendarz odmierzał swój czas astronomiczną, nieodwołalną miarą.   nagle:  Błysnęło!  Strzeliło!  
Iskra!  Wiadomość!  Pani Kaćmianka w Laskach. Przyjechała, chce się zobaczyć. Czeka po kolacji w "hoteliku".   - Skąd się pani dowiedziała, że jestem tu, w Laskach.-  - Od Twego
ojca. Przecież teraz cały Lwów jest we Wrocławiu Uniwersytet, medycyna, Politechnika, Ossolineum no i ja. Utworzyliśmy szkołę dla niewidomych we Wrocławiu na Kasztanowej, a ja
jestem jej dyrektorem.-  I tak pani Kaćmianka sprowadziła Stefana do swej szkoły, do Wrocławia. Został nauczycielem muzyki i początkowych przedmiotów.   Sumiennie i solidnie pracując w szkole, zaczął intensywnie swoje kształcenie. Zdał pedagogiczną maturę, ukończył Państwowy Instytut Pedagogiki Specjalnej w Warszawie, gdy kierowała nim legendarna Maria
Grzegorzewska, a wykładowcą był wybitny niewidomy - Włodzimierz Dolański.  Stefan ukończył pedagogiczny wydział Akademii Muzycznej we Wrocławiu w klasie fortepianowej prof. Sabiny Rapp, osoby niezwykłej szlachetności, też lwowianka, której życie uratował w czasie niemieckiej okupacji we Lwowie Henryk Kuroń, ojciec Jacka Kuronia. N lubelskim Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej Stefan ukończył studia podyplomowe w zakresie tyflopedagogiki.    Szczęśliwym trafem lub zrządzeniem losu, a na pewno    z własnej woli, żoną Stefana została Wanda Dzikowska, również absolwentka PIPS-zu i lubelskiego Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, pracując w szkole na Kasztanowej jako tyflopedagog. Najwierniejsza, kochająca, czuła, mądra  i odpowiedzialna towarzyszka życia Stefana. Oboje stworzyli dom otwarty, przyjazny, promieniejący życzliwością i serdecznością, użyteczny społecznie dla
wszystkich potrzebujących. Gościnny dom dla pielgrzymów odwiedzających Wrocław, dla młodzieży świata spotykającej się w ramach akcji Taize, ale przede wszystkim dom uczynny dla
niewidomych. Herbata, kawa, poczęstunek, serce na dłoni, a na tacy serca w czekoladzie i słodkie stefanki   u Stefana i Wandy.

  Stefan szczodrze i bezinteresownie wspomagał swą wiedzą   muzyczno-pedagogiczną studentów szkoły organistowskiej przy Kurii Metropolitalnej we Wrocławiu. Nigdy nikomu
nie odmawiał pomocy, sam znając dobrze twardość życia.  Gdy z moją żoną, Krzysią, odwiedziliśmy Stefana ostatni   raz, leżał w łóżku zmożony chorobą. Długo trzymając moją dłoń w swojej, powiedział:  - W mojej sprawie są dwa warianty. Albo on mnie zwycięży, albo ja jego, przecież jestem ze Lwowa.-  Jednak on go zwyciężył. Ale tego wieczoru, nie znając ostatecznego rozstrzygnięcia, rozmawialiśmy długo. Stefan był nad wyraz aktywny. Żywo interesował się bieżącymi sprawami.   
Czuło się, że był pojednany z Bogiem, z losem i kresem swego czasu. Rozmawialiśmy o Lwowie, o naszym dzieciństwie, o nauczycielach i wychowawczyniach lwowskiej szkoły dla niewidomych.   - Stefciu, gdzie mieszkaliście we Lwowie?-  - Mieszkaliśmy przy Kochanowskiego 97.-  Wspominaliśmy Antoninę Borowy, Filomenę Sidorko, panią Kaćmiankę, dyrektora Franciszka Deringa i jego żonę Ludwikę, nauczycielkę muzyki -  Adelę Kaczyńską ale nie byliśmy pewni, czy miała na imię Adela.  

 
Opuszczając dom Stefana i Wandy czuliśmy w sobie szczególną   jego atmosferę, przepojoną miłością i jakimś jasnym ludzkim ciepłem płynącym od Wandy do Stefana. Doznaliśmy dziwnego uczucia, że przed chwilą zostaliśmy dopuszczeni do wyjątkowego misterium przekraczania granicy dwóch światów: naszego świata i tamtego.   Pogodnie i spokojnie przepłynął Stefan rzekę Letę w   łódeczce serca swojej żony Wandy i wstąpił na tamten brzeg.

   28 marca w sobotę, o godzinie dziesiątej przed południem,   przy słonecznej wiosennej pogodzie, na cmentarzu grabiszyńskim rozpoczęła się ceremonia pogrzebu. Ta wielka mnogość uczestników świadczyła, ilu miał przyjaciół. Odszedł jeden z nas, niewidomy i dzielny, dzielniejszy od kosmonautów, dzielniejszy od generałów, dzielniejszy od olimpijskich mistrzów  sportu. Idziemy w żałobnym pochodzie.
Przez głowę przebiegają słowa, myśli, strzępy wspomnień. Mówi do mnie Stefan we Lwowie, w 1943 roku:  - Przyjdzie taki czas, że będziemy mieli telewizję w domach i będzie widać we
Lwowie, co się dzieje w Egipcie albo w Rzymie, albo w Honolulu, albo w Brzuchowicach.-  -Jak spotkasz Stefana gdzieś w Polsce, to go pozdrów od nas, pamiętaj - wołają nasze ukraińskie koleżanki: Parania, Sonia i Hanka Cymbałka.-  Wołają, wołają we Lwowie w 1946 roku.  A to już koniec wieku dwudziestego. A tu księża śpiewają o wiekuistym życiu Stefana.

 
Kończy się obrzęd religijny. Teraz nad trumną przemówią jego przyjaciele. Mówią kolejno: w imieniu Klubu Inteligencji Niewidomej RP - poeta Andrzej Bartyński, lwowski kolega Stefana. Stefan był członkiem założycielem Klubu Inteligencji Niewidomej RP i oddanym propagatorem jego idei. Następnie przemawia łamiącym się głosem, głęboko wzruszona Majka Rozwora, dyrektorka Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Niewidomych na Kasztanowej we Wrocławiu. Następnie przemawia Antek Maślanka, wybitny, znany od połowy wieku, lider ruchu niewidomych w Polsce, który szczegółowo omawia życie Stefana, eksponując jego zasługi zawodowe i społeczne.   - Był odznaczony...- mówi Antek o Stefanie, a my w tym momencie słyszymy zgrzyt i szuranie narzędzi w rękach grabarzy.   Ktoś krzyknął: przestańcie!  - złotym Krzyżem Zasługi i innymi odznaczeniami. Niech Ci ziemia lekką będzie.

  Składamy kwiaty na grobie i wieńce. Składamy kondolencje   żonie Stefana, Wandzie i ukochanej wnuczce, Martusi, która płacze. Przekazujemy wyrazy współczucia synowi Piotrowi mieszkającemu na stałe w Kanadzie.   Ceremonia skończona. Rozchodzimy się z cmentarza. Jeszcze    w powietrzu w promieniach słońca unosi się przejmująca muzyka saksofonu, którą żegnał Tadeusz Golachowski swego nauczyciela. Przebiegają przez głowę słowa, myśli, strzępy wspomnień. Zaraz, jak to powiedział przed chwilą Andrzej Bartyński:  - Pojednany z Bogiem idź do wieczności. Bądź muzyką. Bądź harmonią. Bądź wyzwoloną radością. My jeszcze zostajemy w glinianym świecie jako te garnki, które pękną i się rozkruszą, aby oddać ducha stając się
bezgraniczną formą pustki. I ciemność przestanie być ciemnością, a światło światłem, gdzie nie ma końca odpowiedzi, bo nie ma początku pytań. Czy takie jest właśnie to koło wieczności?  

  - Jeśli gdzieś spotkasz Stefana w Polsce, to go pozdrów od nas, pamiętaj! - wołają Parania, Sonia i Hanka Cymbałka.-  Tak też Bartyński powiedział na koniec do swego kolegi. Na ostatnią drogę.  - Bądź zdrów -   powiedział  - Bądź zdrów.-  Parania już dawno zmarła na gruźlicę.  Hanka Cymbałka - na cukrzycę.  Sonia mieszka gdzieś na Ukrainie. Pani Kaćmianka jest pochowana na tym samym cmentarzu, co Stefan - jeden z nas, dzielniejszy od kosmonautów.  Stefan miał rację, przyszedł ten czas, że mamy telewizję w   domach i możemy widzieć, co się dzieje w Egipcie albo w Rzymie, albo w Honolulu.   Życie toczy swój ruczaj codzienności, jeszcze my zostajemy w naszym glinianym świecie jako te garnki...

   Andrzej Bartyński  Droga    Mojemu niewidomemu Koledze, lwowianinowi jak ja, Stefanowi Wantuchowi, który do napisania tego obrazu zmusił  mnie już po swej śmierci, poświęcam     Jakby noga za nogą  Jakby ręka za ręką  Niewidomi i dzielni  Wędrowali po ciemku    Wędrowali przez morza  Wśród nadziei i strachu  Przez bezbrzeżne bezdroża  Gdzie na wschodzie był zachód    Wędrowali światami  Przez Egipty przez Rzymy  I świeciły księżyce  I mijały tak zimy    Wędrowali nocami  Szli na przekór na nicę  I gubili znów drogę  Choć świeciły księżyce    Życie toczy swój ruczaj  Śmierć odwraca kalendarz  Niewidomi i dzielni  Też przychodzą na cmentarz    I wędrują gdzieś nadal  Już za tamtą granicą  Gdzie lśni wieczność jak gwiazda  Której oni nie widzą.    W czarnych dziurach kosmosu  Czasoprzestrzennej czczości  Sternik ślepego losu  Kręci kołem ciemności    Czasem słychać po nocy  Jeśli ucho wytężysz  Pieśń niewidomej mocy  Którą
śpiewają mężni    Jakby noga za nogą  Jakby ręka za ręką  Niewidomi i dzielni  Wciąż wędrują po ciemku    Tak mijają długości  Czasy miary granice  Kręci kołem ciemności  Pan Bóg albo reżyser.  

     Nietakty3-98