O wartości pracy w życiu osoby niepełnosprawnej-  mówi psycholog Izabela Szwarocka  

Często myślimy, że praca poprzez swój charakter jakby naznacza nas jako osoby niepełnosprawne i nawet niekiedy czujemy się cali sprowadzeni do jakiejś mało znaczącej czynności. Są bowiem rodzaje pracy niemal automatycznie kojarzone z konkretną niepełnosprawnością. Tylko czasem jest to atut, np. cenieni są niewidomi masażyści niektóre zajęcia jednak traktuje się - tak w ogólnym odbiorze społecznym, jak i przez same osoby niepełnosprawne - z pewną dozą politowania: to wszystko, na co ich stać dobrze, że chociaż to mogą robić. Warto więc zadać sobie pytanie o sens i wartość naszej pracy - niezależnie od tego, czym się zajmujemy. W tym też kontekście także dobrze jest przypomnieć na początek fragment z papieskiej encykliki Laborem exercens: Z pracy swojej ma człowiek pożywać chleb codzienny i poprzez pracę ma się przyczyniać do ciągłego rozwoju nauki i techniki, a zwłaszcza do nieustannego podnoszenia poziomu kulturalnego i moralnego społeczeństwa, w którym żyje jako członek braterskiej wspólnoty. Praca zaś oznacza każdą działalność, jaką człowiek spełnia bez względu na jej charakter i okoliczności, tzn. każdą działalność człowieka, którą za pracę uznać można i uznać należy pośród całego bogactwa czynności, do jakich jest zdolny i dysponowany poprzez samą swoją naturę i poprzez samo człowieczeństwo. Stworzony bowiem na obraz i podobieństwo Boga samego, wśród widzialnego wszechświata ustanowiony, aby ziemię czynić sobie poddaną, jest człowiek przez to samo od początku powołany do pracy. Tylko człowiek jest do niej zdolny i tylko człowiek ją wykonuje wypełniając jednocześnie pracą swoje bytowanie na ziemi. Tak więc praca nosi na sobie szczególne znamię człowieka i człowieczeństwa, znamię osoby działającej we wspólnocie osób, a znamię to stanowi jej wewnętrzną kwalifikację, kontynuuje niejako samą jej naturę. Zapytajmy najpierw, czym są wartości. To rzeczy i sprawy, przekonania, które mają dla nas znaczenie i które pobudzają lub hamują nasze działania. Wartości tworzą pewien system powiązany z potrzebami. Zaspokajamy najpierw potrzeby fizjologiczne (podstawowe) i potrzeby związane z poczuciem bezpieczeństwa, dopiero później potrzeby wyższego rzędu, np. potrzeby samorealizacji czy potrzeby duchowe. Wiele z nich zaspokajanych jest przez pracę, wspomniane już potrzeby podstawowe, potrzeba kontaktów społecznych, potrzeba samorealizacji, potrzeba rozwoju i autonomii. Nie ma tu znaczenia charakter pracy, ale raczej to, co dzięki pracy chcemy osiągnąć. Wydaje się, że część z tych potrzeb może spełniać w życiu osoby niepełnosprawnej co najmniej dwie funkcje: mogą być realizowane poprzez pracę lub mogą rozwijać nas jako tzw. osoby niepełnosprawne w kierunku większej samodzielności, odrębności i powodować, że niepełnosprawność będzie raczej jedną z cech obrazu nas, a nie ogólną oceną czy naszą charakterystyką. Dotyczy to takich potrzeb, jak choćby potrzeba autonomii, samorealizacji czy osiągnięć. Może warto więc byśmy pomyśleli, w których obszarach naszego życia choćby potrzeba autonomii jest sfrustrowana, tzn. nie możemy z różnych powodów jej realizować i spróbujmy poszukać w realiach naszej pracy możliwości zaznaczenia swojej autonomii. Pewnie powiecie, że na wiele rzeczy nie macie wpływu być może jednak w niektórych sprawach możecie zabrać głos, a nie robicie tego, bo tak wygodniej, albo lepiej się nie wychylać. A przecież to wy sami wiecie najlepiej, co ułatwiłoby waszą pracę czy pomogło lepiej ją zorganizować i możecie próbować mówić o tym decydentom. Istotnie, z różnych powodów nie zawsze odnosi to skutek, ale może niekiedy większe znaczenie niż zła wola szefa ma negatywne nastawienie co do powodzenia waszego działania (i tak nie zrozumie, tyle razy mówiłem, nie ma co wszczynać awantury). Wzrost autonomii zakłada też niejako utratę bezpieczeństwa w jakimś zakresie. Być może więc część osób niepełnosprawnych powinna rozważyć odejście od ustalonych dla nich struktur pracy i rozpocząć jakąś własną działalność lub próbować odnaleźć się na otwartym rynku pracy. Trudno powiedzieć, czy możliwe jest to akurat w waszym wypadku (decyzję taką trzeba bowiem podejmować zawsze osobiście), ale wydaje się, że przynajmniej niektóre osoby niepełnosprawne obawiają się ryzyka. Tak czy inaczej, wysiłek poszukiwania przez was autonomii w konkretnej rzeczywistości waszej pracy, może pozwolić zobaczyć świadomie pracę jako wartość w waszym życiu. Zobaczmy teraz, jakie funkcje spełnia praca w naszym życiu? Po pierwsze praca pozwala na tworzenie pewnego porządku otoczenia zgodnego z tym, jaki chcielibyśmy nadać mu kształt. Jeśli to uda się, przeżywamy uczucia zwycięstwa nad sobą i otoczeniem. Mamy też powody do radości, doświadczamy uczucia dumy i mocy. Pomyślmy: w jaki sposób kształtuję moje otoczenie, wykonując codzienną żmudną, czasem brudną czy męczącą pracę. Może istotnie nie mamy większego wpływu na bieg wielkich i nawet małych spraw. Jednak, kiedy pomyślimy, co sami chcielibyśmy zmienić w naszym otoczeniu poprzez pracę (np. sytuacja bytowa, stworzenie sobie możliwości edukacji, zaspokojenie potrzeb społecznych, założenie czy utrzymanie rodziny, 6rozwiązanie dzięki swojej pracy jakiegoś choćby drobnego problemu własnego lub innych osób itd.), będzie ona pełniła niemniej ważne funkcje niż te, które są widoczne dla wszystkich i możliwe w życiu jedynie niektórych osób. Tak naprawdę nie ma tu znaczenia fakt, że jesteście osobami niepełnosprawnymi. Wiele osób zdrowych wcale nie ma poczucia jakiegoś znaczącego wpływu na losy świata. Poczucie kształtowania naszego otoczenia i wpływania na nie wiąże się raczej z tym, jakie osobiste cele chcemy realizować poprzez pracę, jak również z tym, czy myślimy, że praca - niezależnie od jej charakteru - może być istotną pomocą dla innych ludzi, często ułatwieniem czy wręcz umożliwieniem im zrobienia czegoś innego. Praca jest także środkiem do realizacji różnych celów życiowych - zarówno tych bardziej ogólnych, jak i specyficznie związanych z naszym działaniem w pracy. Przykładowe cele to satysfakcja, pozycja społeczna, awans społeczny i zawodowy, odpowiedzialność, urozmaicenie w życiu, poczucie bezpieczeństwa i miejsca w życiu, bycie własnym szefem, praca w zespole, założenie i utrzymanie rodziny, rozwój osobisty, tworzenie nowych rzeczy, pozycja ekonomiczna itd. Dzięki wyznaczonym sobie celom możemy też planować i realizować sens życia - tak, jak potrafimy go rozpoznać. Pytanie o cele życiowe i zawodowe może pomóc zrozumieć, co tak naprawdę pobudza was do działania, co sprawia, że codziennie rano idziecie do pracy i trwacie w niej - mimo, że nie zawsze jest to łatwe - lub może wzbudzić w was przekonanie, że powinniście rozważyć jakąś zmianę, ponieważ w dotychczasowych warunkach chociażby nie realizujecie swoich celów, lub nawet działacie przeciwko nim. Jeśli na przykład szukacie pracy, świadomość własnych celów może ułatwić wam - w miarę możliwości - dostosowanie ich do charakteru pracy nie jest tak, że będziecie mogli odnaleźć się gdziekolwiek tylko dlatego, że aktualnie nie macie pracy. Jeśli znacie swoje życiowe cele, zwiększacie prawdopodobieństwo tego, że nie będą się nawzajem wykluczały, czego przykładowymi konsekwencjami są pretensje do otoczenia, zniechęcanie się do działania i odbieranie mu wartości, stawianie innym ludziom czy samemu sobie nierealistycznych wymagań i oczekiwań. I tak jeśli zależy wam na tym, by podporządkowywać się innym, będziecie prawdopodobnie sfrustrowani, gdy nagle postanowicie przejąć inicjatywę i spotkacie się z oporem otoczenia albo jeśli waszym celem jest osiągnięcie autonomii i możliwie pełnej samodzielności, będziecie pewnie czuli się ograniczeni w sytuacji autorytatywnego kierowania wami przez innych czy wyznaczania wam zadań od - do. Stąd ważne jest, abyście tak bardzo, jak tylko jest to możliwe, postarali się o to, by wykonywana przez was praca współgrała z realizacją ważnych dla was celów. Świadomość tych celów pomoże wam bardziej poznać samego siebie, ale też zaprezentować siebie innym ludziom a także przyjąć odpowiedzialność za swoje życiowe wybory oraz poznanie swoich możliwości, mocnych stron, ale też uświadomienie sobie ograniczenia, które naprawdę mamy wszyscy (niezależnie od stanu zdrowia). Uzyskacie również pogląd na to, czego chcecie lub możecie się nauczyć, aby realizować ważne dla siebie cele a przez to zwiększacie szansę na osiąganie życiowych sukcesów. Sukces jest bowiem bliższy osobom świadomym samych siebie, ale też wierzącym w siebie i akceptującym siebie takimi, jakimi są. W kontekście pytania o wartość pracy w życiu osoby niepełnosprawnej, świadomość celów może więc pomóc odkryć wartość wykonywanej przez was lub właśnie poszukiwanej pracy w waszym osobistym życiu - takim, jakie jest dzisiaj, ale też jakim możecie uczynić je między innymi dzięki pracy. Należy pamiętać też, że praca może mieć również funkcję terapeutyczną w życiu osoby niepełnosprawnej. Zastanówmy się jeszcze, o jakich konsekwencjach braku czy utraty pracy możemy mówić. Trudno o nich nie wspomnieć pytając o wartość pracy w życiu osoby niepełnosprawnej. Związane są niemal zawsze z niemożnością realizowania celów życiowych i powodują znaczne trudności w wypełnianiu różnych ról, np. małżeńskiej czy rodzicielskiej. Przykładowe konsekwencje psychologiczne braku bądź też utraty pracy to neurotyczny lęk jako reakcja na rozdźwięk pomiędzy tym, jacy jesteśmy i co osiągamy, a tym, jacy chcielibyśmy być i co chcielibyśmy osiągać. Lęk ten może przybierać również formę konfliktu między dążeniem a unikaniem, np. chcielibyśmy do czegoś dążyć, jednak unikamy tego w przekonaniu o niepowodzeniu działania. Pojawia się również poczucie beznadziejności może ono z czasem opanować różne sfery naszego życia - niekoniecznie dotyczące pracy może osłabiać naszą pewność siebie, a nawet w końcu zapoczątkować i podtrzymywać stany depresyjne. Doświadczamy także bólu istnienia, który może być reakcją na sfrustrowane potrzeby i cele życiowe albo dramatycznym pytaniem o sens takiego dalszego życia. Osoby słabsze, mniej odporne psychicznie, będą uciekały od ludzi, izolowały się poznawczo i społecznie, zaprzeczając choćby potrzebie uczenia się nowych rzeczy czy kontaktów z otoczeniem. U osób silniejszych temperamentalnie, raczej bezpośrednio wyrażających agresję, mających tendencję do obwiniania innych ludzi i czucia się skrzywdzonymi przez życie, może pojawić się postawa przeciw innym, co w konsekwencji również sprzyja izolacji społecznej i marginalizacji takich osób. Człowiek niepracujący - niezależnie od tego, z jakiego powodu - ma status niskiego społecznego naznaczenia, poczucie upośledzenia posiadanych zdolności czuje się coraz bardziej bezwartościowy. Zburzony jest także system jego wartości i poczucie tożsamości. Nie pracując nie możemy więc realizować siebie powoduje to czasem niekorzystne przewartościowania, czyli uznanie pracy jako wartości drugorzędnej. Oczywiście naiwnością byłoby minimalizowanie trudności na ogólnym rynku pracy, dotykających także sytuacji zatrudnienia osób niepełnosprawnych. Wydaje się jednak, że nie bez znaczenia jest tu pytanie o nasz stosunek do pracy - jeśli już ją mamy, o nasze zaangażowanie, np. w uczenie się nowych rzeczy czy w przyjęcie na siebie nieco większej odpowiedzialności. Można spotkać jeszcze postawy, że praca się nam należy niezależnie od tego, jak ją wykonujemy. Realia rynku pracy pokazują, że bardziej niż kiedykolwiek musimy ją cenić i odkrywać jej wartość w naszym życiu. Trudno uznać, że praca ma jakąś inną wartość w życiu osoby niepełnosprawnej niż w pełni zdrowej. To, co wydaje się ważne w przypadku osób niepełnosprawnych z punktu widzenia dostrzegania wartości pracy w ich życiu, to większy wysiłek w rozpoznawaniu przez nie celów i potrzeb życiowych oraz istotne znaczenie ma inwestowanie w siebie (uczenie się konkretnych umiejętności, rozwijanie zdolności) i praca nad sobą dużo wcześniej, niż w sytuacji poszukiwania czy podejmowania działalności zawodowej, np. praca nad akceptacją siebie z tym, co jest zdolnością, jak i ograniczeniem (wcale niekoniecznie wynikającym z faktu niepełnosprawności). Można więc chyba powiedzieć, że wartość pracy osoby niepełnosprawnej mierzy się ważnością i osobistym znaczeniem wyznaczanych sobie celów życiowych wpisanych w system wartości, dzięki któremu możliwe jest nadanie sensu swojemu życiu, cierpieniu i każdemu doświadczeniu aktualizującemu w codzienności ogólny sens życia do takich doświadczeń z pewnością należy praca, do której osoby niepełnosprawne są powołane ze swej natury tak, jak ludzie zdrowi i dzięki której mogą postrzegać własną niepełnosprawność jako jedną z cech obrazu siebie, a nie jako przekleństwo, powód do litości czy przeznaczenie.

     Biuletyn: Promocje i Kariery Zawodowe Nr2-2006

 

 

 

 

 

 Refleksje na temat: człowiek niewidzący - pracownikiem wartościowym dzieli się Izabela Szwarocka (psycholog) w rozmowie z red. Teresą Cwaliną

 TC: Wiem, że odpowiedź na postawione pytanie: czy osoba, która nie widzi, może być wartościowym pracownikiem, jest dla Ciebie oczywista. Mówisz: może i najczęściej tak jest. ISz: Pewno dlatego tak myślę, że doświadczenie niewidzenia głęboko wpisuje się i w moją drogę zawodową. TC: Opowiedz więc, proszę, jak można nie widząc być wartościowym pracownikiem. ISz: Najpierw może jednak istotna uwaga. Nie ma jakiejś specyficznej wartości, przyrodzonej niewidzącemu pracownikowi. Realizuje się ona raczej w całokształcie życiowej drogi osoby niewidzącej drogi, dla której bardzo istotnym - z wielu względów - elementem jest praca zawodowa. Będę mówić o sobie. Pragnę jednak skupić się nie tyle na samym przebiegu własnej ścieżki zawodowej, ile raczej prześledzić ją, próbując odnaleźć to, co mogło być - lub jest - świadectwem bycia wartościowym pracownikiem. Aby w tej refleksji nie zatrzymać się jedynie na poziomie faktów i doświadczeń z mego życia, zachęcam - zwłaszcza niewidomych czytelników - do potraktowania tego wyznania jako inspiracji do własnych przemyśleń, przydatnych przecież na różnych etapach drogi zawodowej. Osoby poszukujące pracy mogą zobaczyć to, co - w ich osobistym doświadczeniu - jest wartością, mocną stroną czymś, co warto podkreślać w określaniu swoich zdolności, w rozpatrywaniu charakteru pracy lub w rozmowie z pracodawcą. Osoby aktualnie pracujące niech potraktują tę refleksję jako zachętę do przemyślenia, w których aspektach swego życia związanych z pracą czują się wartościowe, a w których mogłyby być może coś zrobić, aby być nie tylko sprawnymi w pracy, ale i wartościowymi pracownikami. TC: Zacznijmy tę opowieść od przedstawienia kilku podstawowych informacji o Tobie. ISz: Nie widzę od urodzenia. Jesteś absolwentką Technikum Masażu w Laskach. W 1994 roku ukończyłam psychologię na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie. Obroniłam pracę magisterską przedstawiającą metodę ruchu rozwijającego Weroniki Scherborn, którą stosuje się m. in. w laskowskim przedszkolu. Potem ukończyłam wiele kursów z zakresu psychoonkologii i opieki hospicyjnej, a w 2005 roku uzyskałam także certyfikat Uniwersytetu w Oksfordzie z terapii poznawczo-behawioralnej. TC: Jesteś psychologiem. Wiele osób uznałoby, że należy dopowiedzieć - i człowiekiem, który nie widzi. Z pewnością masz stosowne do wykonywania zawodu wykształcenie, ale zostaje pytanie: czy będąc niepełnosprawną możesz być sprawną w pracy i jeszcze więcej - możesz być wartościowym psychologiem? ISz: Odpowiem nie wprost... Podejmując zaraz po studiach pracę w jednej z prywatnych szkół wyższych, miałam obowiązki takie, jak wszyscy pozostali nauczyciele akademiccy. Tym, co mogłoby - jak myślę - świadczyć o tym, że jako osoba z dysfunkcją wzroku mogę być wartościowym pracownikiem, było na początek znalezienie sposobu, który w pełni pozwolił podjąć moje zadania. Udało się pokonać techniczne bariery związane z dostępem do literatury naukowej, co blisko dwanaście lat temu naprawdę można poczytać za prawdziwe osiągnięcie. Sądzę jednak, że nieocenioną wartością tamtego czasu był mój osobisty kontakt ze studentami, którzy przychodzili ze swoimi sprawami często poszukując miejsca w świecie przeżywali dramat niegodzenia się ze sobą lub z tym, co albo kto ich otacza. I nie przychodzili do mnie tylko jako do psychologa może raczej ważna była dla nich ta moja oswojona niepełnosprawność, przychodzili bowiem do osoby, która sama jako niewidząca - uważali - też musiała wiele przemyśleć choćby odpowiedzieć na pytanie, jak żyć, gdy się nie widzi. Ale i ja stawiałam też przed nimi zadania - przede wszystkim takie, poprzez które mogli odkryć osobisty potencjał. Zachęcałam, by jako przyszli nauczyciele poprowadzili w ramach ćwiczeń lekcję w szkole na miarę swych marzeń. Mówili, że trochę była to dla nich zabawa, ale dostrzegali w niej także możliwość pokazania siebie komuś, swojej jakiejś, często wcześniej nieodkrytej, części ja... Podsumowując ten etap pracy sądzę, że mogłabym pomyśleć o sobie jako o wartościowym pracowniku jako psycholog umiałam wyzwolić w powierzonych mi osobach ich potencjał pomagałam im odkryć siebie samych, ich mocne strony i ograniczenia. Trochę tak, jak muszę czynić to sama, jeśli chcę - nie widząc - czuć się wartościowym pracownikiem, tzn. takim, który podejmuje wszystkie te obowiązki zawodowe, jakie może podjąć, choć nierzadko trzeba najpierw znaleźć samemu jeszcze i sposób umożliwiający ich realizację. TC: Potem pracowałaś w hospicjum. ISz: W warszawskim Hospicjum dla Dzieci, wtedy pierwszym w Polsce, a nawet w Europie. I choćby dlatego nie było to trudniejszym wyzwaniem ta praca jakoś sama z siebie dawała poczucie bycia wartościowym pracownikiem. Wiązało się to ze specyfiką miejsca i podejmowanymi na co dzień zadaniami. Łatwo było odnieść wrażenie, że towarzysząc dzieciom i ich rodzicom w często dramatycznym okresie ich życia, jest się osobą jakoś szczególnie wybraną, zajmuje się sprawami niezwykłej wagi. Przypuszczam, że był czas, kiedy tak właśnie myślałam. Jednak kontaktując się - najczęściej w ich domu - z rodzinami, których dzieci były pod opieką hospicjum i towarzysząc umierającemu dziecku, nie mogłam nie dostrzegać i jego rodzeństwa, i tych wielu spraw, wokół których nadal będzie toczyć się w rodzinie życie, pomimo że po śmierci ukochanego dziecka będzie działo się wszystko zupełnie inaczej. Zaczęłam więc organizować i dbać o takie formy opieki i codziennego kontaktu z rodzinami dzieci (szczególnie zmarłych), które - nie umniejszając bólu związanego ze stratą dziecka, pozwoliłyby raczej przeżyć to doświadczenie jako trudny i bolesny etap życia, a nie jego koniec. Zresztą, kilkoro szczególnie zapamiętanych przeze mnie umierających dzieci nauczyło mnie, że można przeżywać swoje życie tu i teraz, nawet jeśli ma ono perspektywę kilku dni czy tygodni. I często, będąc z nimi rozmawiałam o życiu i o śmierci, o lęku i o ludziach, którzy pozostaną, i o najgłębszej miłości. Pamiętam takie rozmowy z bardzo chorym dzieckiem toczone w trakcie wspólnego grania w piłkę albo kiedy razem oglądaliśmy zdjęcia. Podczas formacji, jaką otrzymywałam będąc pracownikiem hospicjum, słyszałam często, że mam szansę - a nawet powinnam - przemyśleć własny stosunek do śmierci. A ja przesuwałam raczej akcent coraz częściej w swoich rozważaniach na to, jaki jest mój stosunek do życia takiego, jakie jest moim udziałem dzisiaj, takiego, w którym uczestniczę - również jako osoba niewidząca. Myślę też, że moja wartość jako pracownika miała istotny związek z tym, jaki mam stosunek do własnego cierpienia, gdzie jest w moim życiu miejsce na ból, może nawet śmierć niektórych zamierzeń... Ale przede wszystkim ważne było moje życie i dostrzeżenie, że obecne w nim trudności i drogi ich przezwyciężania mogą być barierami, ale mogą też być po prostu innymi sposobami odnalezienia się w tej samej rzeczywistości. Zgadzam się oczywiście, że doświadczenie niewidzenia i doświadczenie śmierci są jakoś nieporównywalne. Sądzę jednak, że tak jedno, jak i drugie, potrzebuje odniesienia do tego, co rozpoznaje się jako wartość - niezależnie od okoliczności. I tak, dostrzegając wartość mojego życia, której nie umniejsza w żadnym stopniu trud doświadczenia niewidzenia, próbowałam pomagać rodzicom, którzy stracili swoje dzieci, w przyjęciu perspektywy, że w ich życiu może być podobnie. TC: Dzisiaj pracujesz w jednym z warszawskich szpitali. ISz: Jestem psychologiem w oddziale psychiatrycznym. Pracuję w zespole, w którym każdy ma określone zadania. Oczywiste, że nikt ode mnie nie oczekuje samodzielnych działań, które wymagają obserwacji wzrokowej i oceny wzrokiem, jak dane zadanie zostało przez pacjenta wykonane. W tym potrzebuję wsparcia widzącego kolegi. No i może warto dodać jeszcze, że praca psychologa - o czym często się nie pamięta - to nie tylko testy... Mam do czynienia z ludźmi chorymi, wobec których trzeba po prostu zastosować leczenie zgodnie z najlepszą wiedzą. Ale tym, z czym wiąże się - jak myślę - wartość mojej pracy jako osoby niewidzącej, jest chyba przekonanie, że moje życie ma swój cel, że są w nim wartości niezależne od chwilowego samopoczucia że w ciągu dnia są punkty stałe, nie poddające się wahaniom i zmienności myśli czy nastrojów. Wydaje się to bardzo ważne, gdy dotyka się doświadczenia zagubienia drugiego człowieka, poddania się przez niego poczuciu bezsensu i beznadziejności. Wtedy często w jakimś sensie zapominam, że fizycznie nie widzę. Moje wewnętrzne światło - płynące z wiary, ale i jakoś z faktu akceptacji własnej niepełnosprawności - inspiruje mnie do pomagania pacjentom w rozwijaniu ich perspektywy patrzenia na siebie, na innych ludzi, na doświadczenie ich choroby. TC: W odpowiedzi na pytanie, czy osoba, która nie widzi, może być wartościowym pracownikiem, pozostaje więc ważna jeszcze i odpowiedź na to pytanie o źródło tej wartości. ISz: Tak, wypływa ona chyba z wnętrza osoby niewidzącej i wiąże się ściśle ze znaczeniem, jakie ma dla niej niewidzenie, jej cierpienie, a nawet całe jej życie.

Głębokie życie wewnętrzne, niezłomne zasady moralne, szlachetny i prawy, łatwy i miły charakter, wreszcie cierpliwe i pogodne znoszenie kalectwa sprawia, że niewidomi nie tylko nie będą ciężarem dla otoczenia, ale przeciwnie niejednokrotnie staną się centrum, z którego

 na otoczenie spływać będzie światło i moc, jakie tylko Bóg dać może.  

Promocja  4-2006

 

Nad relacjami z osobami niewidzącymi zastanawia się psycholog - Izabela Szwarocka

Każda relacja międzyludzka to przede wszystkim relacja z konkretną osobą i w zależności od charakteru tej relacji zwracamy uwagę na bardzo różne jej przejawy. Dotyczy to zarówno relacji, jakie aktualnie nawiązujemy, jak i tych, które pragniemy nawiązać. Kiedy myślimy o spotkaniu z kimś bliskim, angażujemy zwykle nasze najgłębsze uczucia i myśli gdy spotykamy się z kimś na gruncie zawodowym, staramy się być profesjonalistami w relacji z kimś, kogo postrzegamy jako autorytet, koncentrujemy się na tym, by go słuchać, pozwalamy mu niejako prowadzić nasze myśli czy decyzje. A co wywołuje w nas myśl o relacji z osobami, które nie widzą? Czy wiedząc, że mamy spotkać się z kimś, kto nie widzi, myślimy: to ten, niewidomy czy raczej: o Krzyśku Kowalskim, zwanym Pająkiem lub o człowieku, z którym chce się być, bo zwykle ma coś ciekawego albo ważnego do powiedzenia. Wydaje się, że już nasze postrzeganie osoby, która nie widzi, nadawać będzie szczególne znaczenie relacji z tą osobą. Może zakładać bowiem naszą bezpośrednią odpowiedzialność za tę relację zarówno za to, jak sami będziemy się w niej czuli, jak też za to, jak odnajdzie się w niej osoba niewidząca - tzn. czy będzie czuła się na równi z nami, czy raczej jako przedmiot naszych działań albo niespełnionych w inny sposób ambicji. Z drugiej strony, nie do przecenienia jest wkład samych osób niewidzących w relacje, jakie nawiązują z otoczeniem. Sądzę, że składa się na to kilka czynników. Ogromną rolę odgrywają warunki rozwoju - swego rodzaju inteligencja emocjonalna i obycie społeczne - osoby niewidzącej kształtowane w okresie dzieciństwa i dojrzewania, ale też- i to jest może nawet pierwszoplanowe - jakie znaczenie ma dla takiej osoby fakt jej niewidzenia. Czy jest to fakt, z którym trzeba coś zrobić, np. nauczyć się z tym żyć, a przede wszystkim zobaczyć sens swojego życia w takiej rzeczywistości, czy też raczej doświadczenie, które piętnuje, naznacza, zamyka, coś odbiera i wiele uniemożliwia? Może warto odpowiedzieć sobie na te pytania albo postawić takie, które w poczuciu konkretnej osoby niewidzącej pozwolą lepiej przyjrzeć się doświadczeniu swojego niewidzenia może to okazać się ważne w budowaniu istotnych, zdrowych relacji z otoczeniem, jak też w określeniu obszarów i przyczyn ewentualnych trudności w tych relacjach. Wydaje się, że gdy niewidzenie jest faktem, czyli problemem do podjęcia - rozumiem przez to opanowanie technicznej strony życia - staje się ono jednym z wielu problemów, który z czasem traci swoją ostrość. Codzienne trudności już nie dotykają całości niewidzenia ograniczają się raczej do jakiegoś bardzo konkretnego wycinka życia, np. jak przeczytać książkę, jak przedstawić się pracodawcy, aby pomimo niewidzenia zwiększyć swoje szanse na przyjęcie do pracy itd. Stwarza to możliwość nawiązywania takich relacji, w których obie strony - zarówno osoba widząca, jak i niewidząca - biorą pod uwagę pewną odmienność funkcjonowania osoby niewidzącej w różnych sytuacjach, jednak fakt niewidzenia nie dominuje w kontakcie. Równie dobrze można porozmawiać o innych problemach albo po prostu przeżywać wspólnie codzienność z jej radościami i troskami. Niewidzenie będzie się wiązało w takiej sytuacji z dobraniem pewnego sposobu czy techniki, umożliwiającego osobie niewidzącej pełniejszy udział w konkretnych sytuacjach życiowych. Osoba widząca nie będzie więc kontaktowała się z niewidomą Anką, ale raczej z Anką, która jest kimś ważnym świetnie robi ciasto, które bardzo lubimy chętnie, podobnie, jak my, chodzi na koncerty lub do kina ma dla nas czas i wielkie serce nie widzi, więc łatwiej jej będzie posprzątać dom na święta przy naszej pomocy, bo nie każdy brud da się wyczuć ręką. Kiedy niewidzenie determinuje całość lub większość obszarów życia osoby niewidzącej, może to być źródłem istotnych trudności w relacjach z jej widzącym otoczeniem. Osoby widzące mogą wtedy dominować albo spełniać wszystkie oczekiwania osoby niewidzącej. Obie strony mogą też wypracować różne strategie, np. unikanie trudnych rozmów. Jakość i różnorodność wzajemnych kontaktów może stać się coraz bardziej ograniczona, zawężona do perspektywy i pewnego rodzaju roli niewidomego. Taki charakter kontaktów osoby niewidzącej ze światem, - zwłaszcza, gdy towarzyszą temu niekorzystne warunki środowiskowe - może sprzyjać powstawaniu u niej zaburzeń osobowości, które już same w sobie bywają źródłem trudności w relacjach z otoczeniem. Psychologowie i psychiatrzy zajmujący się badaniem tego tematu mówią, że u osób niepełnosprawnych mogą więc, chociaż nie muszą, powstać zaburzenia osobowości jako rezultat niesprzyjających warunków środowiskowych), np. w związku z ciągłym przeżywaniem skutków swojego kalectwa w obcowaniu zbyt opiekuńczym, odrzucającym, wyszydzającym, a niekiedy wręcz okrutnym środowiskiem. Osoby z zaburzeniami osobowości charakteryzowałaby więc niepewność, niewiara we własne możliwości, obniżona samoocena (często kompleks niższości), niski poziom samoakceptacji, nadwrażliwość, nieufność, ostrożność, poczucie zagrożenia, zaburzony obraz własnej osoby, poczucie kontroli zewnętrznej, zmienność nastroju, słabość ego, nadmierna koncentracja na ciele, przypisywanie otoczeniu wrogich zamiarów (czasem nastawienie urojeniowe), postawa cierpiętnicza i męczeńskiego godzenia się z losem, a w stosunku do środowiska - zachowania złośliwe, agresywne lub nawet antyspołeczne. Osoby takie mogą żyć zawiścią, buntem, nienawidzieć zdrowych i szczęśliwych, życzyć im źle lub czynnie starać się drugim szkodzić. Prawdopodobnie w wypadku większości osób niewidzących nie występuje pełen wachlarz opisanych zaburzeń myślę jednak, że część z wymienionych reakcji, czy trudnych niekiedy dla otoczenia, a nawet dla nich samych zachowań, może być związana z określonymi zakłóceniami w zakresie spostrzegania czy interpretowania zdarzeń. Wynika to z niepełnego, tzn. pozbawionego zmysłu wzroku, odbioru rzeczywistości. Osoba niewidząca, która nie czuje się na co dzień akceptowana przez swoje otoczenie, przekonana o swojej mniejszej wartości, może - nawet w sytuacjach neutralnych - interpretować czyjś niechętny lub podenerwowany ton głosu jako wyraz niechęci skierowanej właśnie na jej osobę, nie rejestrując jednocześnie, że rozmówca nerwowo patrzy na zegarek i prawdopodobnie gdzieś się spieszy. Można by tu podać wiele przykładów pokazujących, jak pozbawiony oglądu wzrokowego odbiór sytuacji może sprzyjać tworzeniu i utrwalaniu się zniekształconych czy błędnych spostrzeżeń i wyobrażeń. Nieocenioną rolę może w takich sytuacjach odegrać pełna komunikacja, gdzie będzie miejsce i czas na wyartykułowanie i wyjaśnienie obaw i wątpliwości. W atmosferze budowanego na niej zaufania, osoba niewidząca będzie mogła traktować uzyskane informacje jako poszerzenie swojej perspektywy, a nie jako pocieszenie lub proste zanegowanie jej wyobrażeń. Wydaje się też, że odpowiedź, jakiej sama osoba niewidząca mogłaby sobie udzielić na pytanie o sens swojego cierpienia może być czymś, co uzdrawia i wzbogaca relacje z otoczeniem. Nie trzeba już będzie sobie nawzajem udowadniać, czy jakoś szczególnie traktować sytuacje niewidzenia. Oby stało się ono dla większości osób niewidzących po prostu brakiem jednego analizatora, a w perspektywie duchowej - przyjęciem Krzyża, nie zaś przekleństwem, naznaczeniem i ograniczeniem. Dla relacji z innymi ludźmi oznacza to chyba jakąś pełnię tych spotkań. Oznacza też jakąś wewnętrzną wolność obu stron i swobodę we wspólnym przeżywaniu tak pięknych, jak i trudnych zdarzeń. Odpowiadając najbardziej wprost na pytanie: czy człowiek w sytuacji niewidzenia potrzebuje jakiejś innej niż wszyscy relacji z ludźmi, powiem: nie potrzebuje, ale wymaga to pewnej dojrzałości od osób niewidzących i zmierzenia się z faktem własnego niewidzenia tak, by stało się ono częścią życia, a nie jego determinantą.  

Tyflologowie i psychologowie powszechnie zgadzają się na jedno, mianowicie, że w zasadzie nie ma psychologii niewidomego, że jest tylko psychologia człowieka, który nie widzi, a więc jest pozbawiony jednego narzędzia dla poznania otaczającego go świata. Znaczy to, że jeśli niewidomy jest skądinąd normalny, nie ma innych kalectw lub obarczeń dziedzicznych i otrzymał od początku właściwe wychowanie i wykształcenie, to jego psychika będzie się różnić od psychiki widzącego tylko brakiem tych wrażeń i wyobrażeń, które ściśle otrzymuje się za pośrednictwem wzroku oraz pewnym ograniczeniem sfery aktywnej, które brak wzroku wywołuje u niego. (M. Elżbieta Czacka, s.. Teresa Landy "Dziecko niewidome",1938)  

Promocja 5-2007  

 

Refleksje po lekturze "Notatek" Matki Elżbiety Czackiej dzieli się psycholog - Izabela Szwarocka  

Lektura pism Matki Czackiej może być bardzo ważnym doświadczeniem w życiu osoby niewidzącej. Osobiście odnajduję w nich to przesłanie Matki, którym - jak wierzę - kierowali się moi nauczyciele i wychowawcy, przez wiele lat w Laskach kształtujący w różnych obszarach moje życie. Czytając "Notatki" byłam niejednokrotnie zdumiona - znajdując inspirację dla mojego dorosłego życia, ale też odkrywając głęboki sens i logikę wczesnodziecięcych i młodzieńczych doświadczeń życia w Laskach, bycia osobą niewidzącą, a może po prostu życia w ogóle - ponadczasową aktualnością myśli Matki. "Notatki" zawierają ważny przekaz nauki danej przez Matkę Czacką - i w jakiś sposób zadanej - osobom niewidzącym. W myśleniu Matki, która oddała swoje życie w służbie osobom niewidzącym, istotne jest przekonanie, że wszyscy, których mechanizmy społeczne spychają na margines życia, są takimi samymi ludźmi, jak inni, obdarzonymi przez Boga taką samą godnością, a miejsce, które wydaje się marginalne, w świetle Ewangelii jest miejscem uprzywilejowanym. Prawdopodobnie dla wielu czytelników "Biuletynu Centrum" taka wartość, jak wiara, jest tą, która oświetla ich życie, ale nawet, gdyby tak nie było i gdybyśmy - myślę tu szczególnie o osobach niewidzących - przeżywali swoje niewidzenie po prostu jako fakt, z którym jakoś trzeba się zmierzyć i pogodzić na co dzień, słowa o godności naszego życia, w którym obecne jest doświadczenie niewidzenia, mogą dodawać siły w trudnej codzienności. Przypomnijmy sytuacje, w których czuliśmy się - przez to że nie widzimy - w jakiś sposób gorsi, niezauważeni, potraktowani z pewną rezerwą. Sądzę, że każda z osób niewidzących mogłaby przytoczyć wiele przykładów z życia społecznego, rodzinnego czy zawodowego, kiedy nasze odczucie sytuacji, w której uczestniczymy, jakaś trudność w porozumieniu się z otoczeniem, dotyka - z jednej strony naszego własnego stosunku do siebie w kontekście niewidzenia, z drugiej zaś, jakichś barier ze strony otoczenia, związanych najczęściej z niczym niepopartymi wyobrażeniami o tym, jak to jest i co to znaczy, kiedy się nie widzi. Wydaje się, że w postawie części osób niewidzących dostrzegalne jest wtedy poczucie skrzywdzenia albo postawa wycofania się, zmęczenia ogólnie mówiąc - zamknięcia się w sobie. Przesłanie Matki, jakie odczytuję z "Notatek" i z Jej postawy widocznej w różnych okolicznościach, to zachęcanie osób niewidzących, by same niejako oswajały ze sobą otoczenie, traktując swoje niewidzenie - z jednej strony jako trudność, w której potrzebują pomocy, z drugiej zaś, dzieląc się ze światem otrzymanym od Boga darem wewnętrznego światła, mądrości, rozwagi, spokoju, ale też oczywiście bardzo konkretnych, rzetelnie opanowanych umiejętności. Zmienia się wtedy perspektywa patrzenia na to, czym jest zarówno niewidzenie, jak i widzenie, a brak wzroku ogranicza się głównie do sfery fizycznej. Myśli Matki Czackiej dotyczące umiejętności odróżniania ważności spraw, odnoszące się w jej pismach do życia zakonnego, są bardzo ważnym wskazaniem również w życiu osób niewidzących. W codzienności oznacza to chyba świadomość, że wiele czynności i aktywności zajmuje nam więcej czasu w porównaniu z osobami widzącymi i choćby dlatego tak istotna jest hierarchia i ocena wagi spraw. Ośmielam się też zaryzykować stwierdzenie - o tyle usprawiedliwione, że przecież poparte również własnym doświadczeniem - że w niektórych sytuacjach przeżywanie czegoś przez osoby niewidzące - zwłaszcza związanego z silniejszymi emocjami - jest bardziej intensywne. Wiąże się chyba z podświadomym poczuciem, że brak wzroku niejako pozbawia nas ważnego źródła przekazu i odbioru informacji, i stąd emocje jakby uwiarygadniają i wzmacniają naszą ocenę sytuacji. Możemy więc czasem - koncentrując się nadmiernie na jakimś szczególe - zagubić to, o co nam rzeczywiście chodzi, co chcemy powiedzieć, czy uzyskać. Podejmując kwestię relacji międzyludzkich pisze Matka Czacka: "Do rzędu uczynków miłosiernych chciałabym zaliczyć dobroć i serdeczność, uprzejmość w zetknięciu się z ludźmi. Ile dobrego w ten sposób zrobić można! Już sam wyraz twarzy uprzejmy, pogodny i łagodny, ile spokoju wlewa do duszy bliźniego. Intonacja głosu serdeczna, łagodna, życzliwa, ile może dodać otuchy w niejednym wypadku. Żeby było więcej zapomnienia o sobie, jak wyżej mówiłam, a więcej prostej dobroci w stosunkach z ludźmi, ile by się uniknęło bliźniemu niepotrzebnych cierpień i ile uczynków miłosiernych byłoby spełnionych. Ażeby dobrze pełnić uczynki miłosierne, trzeba mieć to, co dawniej nazywano "domyślność serca", czyli intuicję. To jest to przeczucie, które pozwala widzieć, co bliźniemu potrzeba, co mu jest i jakie są jego cierpienia, chociaż o nich nie mówi, delikatność, która wskaże, jak i kiedy serce okazać. Kto bardzo zajęty sobą, ten nigdy nie będzie miał domyślności serca. Trzeba więc w tym się ćwiczyć przede wszystkim, by mieć Pana Jezusa przed oczyma swymi (...)". Myślę, że przytoczony fragment nauczania Matki jest jednym z dowodów na to, że granica między widzeniem a niewidzeniem niejako się zaciera i znacznie większej wagi nabiera samo niewidzenie czy widzenie duchowe, którego nikt z nas nie jest pozbawiony. Obecnie, w dobie rozwoju możliwości odbioru i przekazywania informacji przez osoby niewidzące, dużo łatwiej jest orientować się w wydarzeniach społecznych, kulturalnych czy intelektualnych. Wydaje się, że wymagając tego od siebie i kładąc nacisk na to w życiu osób niewidzących, Matka otwiera nas na otaczający świat, co ma nie tylko poznawcze znaczenie. Osoby niewidzące mają też szansę na to, by odwrócić się od siebie i zwrócić się ku innym ludziom po to, by spotkać się we wspólnocie przeżywania ważnych doświadczeń. "W szerszym wymiarze chodzi też o to, że taka wspólnota, w której niewidomi na ciele lub na duszy (a wszyscy po części tacy są) są dla siebie wzajemnie darem, może stawać się znakiem dla świata zaślepionego fałszywymi wartościami i ocenami." Przyjęcie swojej niepełnosprawności - zdaniem Matki - nie wyklucza równocześnie pełnej świadomości trudności związanych z postawą wobec niej, ale też swoich fizycznych ograniczeń nie jest to możliwe bez Ewangelii, bo "upośledzenie zawsze będzie się wydawało niepojętą krzywdą, w której ludzkie pocieszanie w końcu okaże się niewystarczające". Przyjęcie swojego cierpienia przez osobę niewidzącą jest zawsze darem Boga rzecz jasna, że u większości osób niewidzących nie zaowocuje to dziełem na miarę Dzieła Lasek. Ale nie powinniśmy chyba pomijać owoców, jakie może to przynieść w codzienności każdego z nas. Myślę tu o tajemnicy codziennych spotkań z kimś, kto na przykład przeprowadza nas przez ulicę i tylko Pan Bóg wie, dlaczego, otwiera przed nami swoje serce. Myślę, że takich przykładów wpisanych w konkretną codzienność osób niewidzących jest naprawdę bardzo wiele. Ks. Antoni Marylski, najbliższy współpracownik Matki, z perspektywy wielu lat tak próbował opisać tę tajemnicę: "Matka ani na chwilę nie wykrzywi swego stosunku do ślepoty, którą pojmuje jako krzyż dany od Boga, aby tak jak u niewidomego w Ewangelii sprawy Boże się w niewidomym objawiały. Te sprawy Boże, to jest najwyższy szczyt i ukryty cel dobrze przyjętego cierpienia, jakby nadprzyrodzone powołanie niewidomych, którzy przez pogłębienie życia wewnętrznego służą innym ludziom, że cierpienie dla Boga przyjęte jest przezwyciężalne, jest płodne i dać może radość i pokój, którego wszyscy pragną, a którego źródła nie widzą". Chciałabym też zwrócić uwagę na przykładowe wskazania Matki odnoszące się do bardzo konkretnych zachowań osób niewidzących, mogących ułatwić poruszanie się w codzienności, choćby uczenie się współodpowiedzialności za sprawy, a nawet przedmioty codziennego użytku utrzymanie porządku przez osobę niewidzącą uporządkowanie sfery emocjonalnej (zaniedbanie w tej sferze może być przyczyną poważnych trudności osoby niewidzącej choćby w relacjach damsko-męskich) jasne i czytelne mówienie o swoich potrzebach bez oczekiwania, że inni domyślą się tego.Co to znaczy więc "widzieć"? Matka odpowiada "Widzieć naprawdę, to znaczy dostrzegać świat takim, jakim chce go mieć Bóg. Widzieć świat pozbawiony łaski Bożej, to znaczy być dotkniętym duchową ślepotą, kalectwem głębszym niż ślepota fizyczna". Osobiście pragnę więc podziękować Matce za drogę, za odczucie, że przyjęcie cierpienia - wcale niepozbawione czasem trudności - ma sens nie tylko w moim życiu, ale także w życiu otaczających mnie osób i chyba też za to, że bez zdziwienia i z całą mocą mogę powiedzieć, że widzenie w moim życiu jest możliwe pod warunkiem, że oprę je na wie.  

Promocja 6-2007

 

   Czy można mówić o życiu "po niewidomemu"?

zastanawia się psycholog - Izabela Szwarocka

Czy myśląc o życiu osób, które nie widzą, można używać określenia: życie "po niewidomemu"? Czy pewne specyficzne i wydaje się, że mające charakter wyłącznie

zewnętrzny cechy funkcjonowania osób z dysfunkcją wzroku, jak np. posługiwanie się białą laską czy alfabetem Braille?a, pozwalają na taki skrót myślowy?

Z pewnością wyrażenie: życie "po niewidomemu" jest etykietyzacją osób niewidzących i wiązać ją można m. in. z postawą roszczeniową samych osób niepełnosprawnych,

wynikającą z poczucia, że należą się im jakieś szczególne prawa czy przywileje, wreszcie z zamykania się tych osób w swoim otoczeniu. Określenie: życie

"po niewidomemu" łączy się również z wyobrażeniami osób widzących o tym, jak funkcjonują osoby z dysfunkcją wzroku z wyobrażeniami widzących opartymi

najczęściej wyłącznie na tym, jak sami postrzegaliby swoje życie, gdyby nie widzieli.

Zauważmy, że samo sformułowanie: życie "po niewidomemu" jako skojarzenie ze specyficznymi faktami opisującymi codzienność życia osób z dysfunkcją wzroku,

nie ma w sobie kategoryczności podziału na ludzi niepełnosprawnych i zdrowych, gorszych i lepszych. Taki sposób myślenia sugeruje raczej patrzenie na życie

jako wartość samą w sobie. A w życiu mamy różne doświadczenia: ktoś nie widzi, ktoś inny nie słyszy albo jest leworęczny, a jeszcze inny ktoś ma słabszą

konstrukcję psychiczną inny zaś nie ma pewnych zdolności albo właśnie ma talenty, które powinien rozwijać w stworzonych mu do tego warunkach... Jeśli

pojawia się więc jakiś konkretny problem utrudniający takim osobom wraz z ich zdolnościami i ograniczeniami możliwie pełne funkcjonowanie na co dzień,

to trzeba go rozwiązać, ale poza tym owo życie "po niewidomemu" - tak, jak życie każdej osoby przeżywającej trudności lub uzdolnionej - wpisuje się po

prostu w życie, zainteresowania, przyjaźń, miłość, pracę konkretnej osoby, która naprawdę nie charakteryzuje się przede wszystkim tym, że nie widzi podobnie,

jak inne osoby nie powinny być określane ze względu na ich widoczne ograniczenia, a także - jak się wydaje - na ich specyficzne zdolności.

Nie ośmieliłabym się jednak powiedzieć, że postawy samych osób z dysfunkcją wzroku wpływające na etykietyzację życia "po niewidomemu" mają źródło wyłącznie

- choć i tak bywa - w samych niewidzących. Funkcjonujące przez wiele lat przepisy stosunkowo łatwo przyznające osobom niepełnosprawnym prawa do różnych

świadczeń, zmieniająca się - jednak nie bez trudności - tendencja do izolowania tych osób poprzez choćby jedyną propozycję kształcenia w szkołach specjalnych

czy zatrudnianie w zakładach pracy chronionej, sprzyjały utrwalaniu się w nich postawy oczekiwania na ułatwienia, na wyjątkowe traktowanie. Jedno z podstawowych

praw psychologii mówi, że każdy z nas ma tendencję do powtarzania zachowań, po których spotkała nas nagroda i unikania takich, za które zostaliśmy ukarani.

Przekładając to na codzienność życia "po niewidomemu" sądzę, że przynajmniej część osób niewidzących, zamykających się w swoim otoczeniu i w sobie, ma

za sobą takie doświadczenia. Kiedyś może osoby te nawet próbowały wziąć sprawy w swoje ręce, chciały zrobić coś ciekawego lub coś wyjaśnić otoczeniu, ale

działania te spotkały się w świecie z niezrozumieniem, brakiem akceptacji. Ile z nich potem było stać jeszcze na zmaganie się z bardziej i mniej poważnymi

okolicznościami życiowymi?... Przykłady: osoba niewidząca nie otrzymała kredytu w banku, bo nie miała widzącego pełnomocnika, nie włączono sygnalizacji

dźwiękowej w autobusie, bo męczące jest zapowiadanie każdego przystanku, motorniczego zaś boli głowa...

Nie każda osoba niewidząca jest w stanie dalej przekonywać narasta w niej dystansowanie się wobec świata, poczucie niezrozumienia i w końcu poczucie, że

coś jej się należy. Wtedy rzeczywiście nie jest też łatwo przyjmować poglądy głoszone przez inne osoby niewidzące, postrzegane przez tzw. środowisko niewidomych

jako ludzi dobrze radzących sobie w życiu poglądy mówiące o tym, że gdyby osoby niepełnosprawne miały zapewnioną pracę, nie potrzebowałyby niektórych

specjalnych ulg i przywilejów.

Kiedy powstaną rzetelne rozwiązania systemowe, które ułatwią osobom niewidzącym dostęp do pracy tak, by nie była ona nagrodą dla wybranych, ale naturalnym

prawem i przywilejem, wtedy - sądzę - istotnie można będzie myśleć o minimalizowaniu ulg czy modyfikowaniu świadczeń rentowych, tym samym życie "po niewidomemu"

może na co dzień potoczyć się bardziej w dialogu ze światem osób widzących, a nie będzie się działo obok, zauważane jedynie przy okazji jakichś pojedynczych

akcji, traktowanych jeszcze nazbyt często jako dobra wola osób widzących albo też zachcianki samych niewidomych...

Nie chcę mnożyć trudności, jakie niesie życie "po niewidomemu". Pragnę raczej stwierdzić, że samo życie jest zadaniem - tak dla osób niewidzących,

jak i widzących. Dla tych pierwszych jest zadaniem - z jednej strony coraz łatwiejszym (choćby dzięki dostępowi do zdobyczy techniki), z drugiej zaś strony,

nadal trudnym, bo często nawet sytuacje codzienne pokazują, że wiele osób widzących działa raczej na miarę własnych wyobrażeń tego, co jest lepsze dla

osób niewidzących, a nie dla ich dobra.

Sami - mówię tu o osobach, które nie widzą - możemy jednak uczynić nasze życie "po niewidomemu" wyłącznie częścią naszego życia, obejmującą pewne specyficzne

uwarunkowania codzienności osoby niewidzącej. Nie wystarczy tylko nasza dobra wola i zdolności, choć powinniśmy troszczyć się, by nam tego nie zabrakło,

a nawet, byśmy je pomnażali. Bardzo istotne jest podjęcie zadania poznawania życia "po niewidomemu" przez otoczenie osób widzących, by dialog prowadzący

do wzajemnej integracji - również w tych najbardziej zwyczajnych sytuacjach - zacierał granice pomiędzy światem widzących i światem ludzi z dysfunkcją

wzroku.

Promocja 7 2007

 

 

Nad tym, jakie znaczenie niesie ze sobą określenie "bycie niewidomym"

zastanawia się psycholog - Izabela Szwarocka

Przynajmniej część osób niewidzących wolałoby pomyśleć o sobie jako o kimś, kto nie widzi, a nie - kto jest niewidomy. I nie chodzi tu naprawdę jedynie  o słowa, ale o to, co one znaczą - o pewną perspektywę patrzenia i o to, że niedostrzeganie jej implikuje tworzenie przez same osoby niewidzące, jak i  widzące, uogólnień prowadzących zazwyczaj do etykietyzacji osób niepełnosprawnych i odbierania ich głównie przez pryzmat łatwo zewnętrznie dostrzeganego

problemu niepełnosprawności, np. przez pryzmat "bycia niewidomym".

Kiedy osoba niewidząca zdaje sobie sprawę z tego, że nie widzi, ma przede wszystkim świadomość odmienności funkcjonowania w pewnych sferach życia. Czasem  inaczej bawi się niż jej rówieśnicy potem czyta i pisze brajlem opowiadając o wiośnie skupia się na zapachach, kształtach roślin, a nie na kolorach...

Ale w życiu osoby niewidzącej jest taki moment, kiedy fakt, że nie widzi, zaczyna nabierać jakiegoś bardziej ogólnego znaczenia, które może ukształtować  się w postać jednego z najgłębszych przekonań o sobie samej: "jestem niewidoma/niewidomy". Dzieje się to wtedy, kiedy następuje - często bardzo trudna  dla niej - konfrontacja z wyobrażeniami osób widzących o tym, jak strasznie czuliby się nie widząc i co wydaje się niemożliwe do osiągnięcia, gdy się nie

widzi. Początkiem nabywania przekonania o "byciu niewidomym" mogą też być doświadczenia związane z sytuacją, kiedy odmienność w sposobie funkcjonowania - rażąc tzw. zdrowe otoczenie - uwidacznia osobie niewidzącej jej inność, obnażając tym samym ułomność i słabość, często bezradność wobec niewidzenia, a przede wszystkim to, jak będzie spostrzegana przez tzw. normalne otoczenie. Może być to ten moment, kiedy bywa nazwana "ślepakiem", bo jest przez kogoś prowadzona.

Podstawowe przekonania wyróżnia cecha utrwalania. Ktoś, kto często słyszy, że jest kochany, zdolny, skuteczny i sprawny w działaniu, ma szansę na rozwój zdrowej struktury osobowości ktoś taki - świadom swoich zdolności - nie boi się zobaczyć także tego, co jest jego ograniczeniem. Osoby niewidzące wychowują się w różnych warunkach społeczno-kulturowych i nie zawsze mogą dostać wsparcie potrzebne do dojrzałego i twórczego przekraczania schematu, z jakim zbyt  często jeszcze kojarzy się "bycie niewidomym". Mogą zatem w większym lub mniejszym stopniu odczuwać samotność, która jest formą ucieczki od widzącego otoczenia

i prowadzi w świat niezrozumianych do końca emocji i zagubienia. Bardzo istotnym jej aspektem staje się samotność psychiczna. Często ta samotność jest nazywana "osamotnieniem" i traktowana bywa jako subiektywne, indywidualne odczucie osoby. Najczęściej jest ona definiowana jako "spostrzegany przez tę osobę deficyt pozytywnych uczuć ze strony innych ludzi, szczególnie ludzi darzonych przez nią uczuciami, a także spostrzeganie swojej izolacji czy własnej przedmiotowości".

Zachęcam do zastanowienia się nad tym, co sprawia, że osoba niewidząca może czuć się traktowana niekiedy bardziej jako przedmiot niż osoba warto odpowiedzieć na pytanie, co w samym postrzeganiu przez otoczenie tego, czym jest "bycie niewidomym", może wzmacniać w osobie niewidzącej odczuwany przez nią - być może czasem subiektywnie - deficyt uczuć pozytywnych ze strony otoczenia.

" Bycie niewidomym" oznacza często dla kogoś widzącego doświadczenie budzące litość, a kiedy indziej podziw, ponieważ osoba niewidząca dokonała czegoś, czego nie spodziewał się po niej. U osób myślących o sobie w kategoriach "bycia niewidomym" doświadczenie to może nabierać cech pewnego rodzaju postawy, której istotnymi elementami są: roszczeniowość w stosunku do otoczenia, poczucie bycia niezrozumianym oraz niechęć do przełamywania barier a w końcu - zamykanie się w środowisku osób niewidzących i oczekiwanie, że inni domyślą się - lub wręcz powinni wiedzieć - czego osoby niewidzące potrzebują.

Część z zarysowanych tu postaw ma swoje źródło w doświadczeniach odrzucenia czy niezrozumienia przez tzw. zdrowe otoczenie. Może nazbyt często przeżycia te - choć niewątpliwie trudne - pozostają nieweryfikowalne w konkrecie nowych sytuacji, dzięki czemu mogłoby właśnie następować przekraczanie granic między osobami widzącymi i niewidzącymi tak, by niewidzenie mogło być postrzegane jako cecha wymagająca po prostu dostosowania pewnych rozwiązań do konkretnych sytuacji życiowych. I myślę naprawdę o prozie życia - o tym chociażby, że kiedy idę na koncert czy do teatru, mogłabym dostać program wydrukowany brajlem    i nie wiązałoby się to z jakąś nadzwyczajną akcją na rzecz niewidomych.

  Biuletyn "Promocje i Kariery Zawodowe" 8 2008 Laski