„zawsze redaktor”
"Cel, opór, wysiłek i wynik - streszcza myśl Nawroczyńskiego - to są cztery momenty, które można wykryć w każdej pracy"."Niecelowe jest wykonywanie prac, wymagających długiego czasu i w rezultacie nie mających ani estetycznego, ani praktycznego znaczenia w życiu ucznia" - cytuje za Przanowskim. "Opierając się na zainteresowaniach uczniów roboty ręczne powinny umożliwić młodzieży wykonywanie przedmiotów potrzebnych dla niej w domu, w szkole, a także przyrządów naukowych wiążących się z nauczaniem innych przedmiotów" (Nawroczyński). "Piękno powinno wkraczać wszędzie: do izby robotniczej, do szkoły, do warsztatów pracy i do pałaców" - cytuje słowa Przanowskiego. "Żadne dzieło rąk ludzkich nie powinno być pozbawione pierwiastków piękna, które może i powinno łączyć się z pojęciem użyteczności". Po przeszło 25 latach nadeszła chwila realizacji dawnych zamierzeń. Wprawdzie już w drugiej połowie lat pięćdziesiątych Ruszczyc przystąpił do eksperymentowania swych założeń, lecz próbom tym brakowało ciągłości. Zajęcia praktyczne w drewnie i metalu prowadzili wtedy z braku fachowych nauczycieli zdolniejsi spośród wychowawców. Jeden z nich, Jan Jarmułowicz, miał już bardzo pokaźne osiągnięcia, lecz na ogół ci przygodni instruktorzy krótko pozostawali na swych stanowiskach. Dopiero w 1958 r. pan Henryk przystąpił z całą energią do przeorganizowania robót ręcznych, stosując metodę analizy i syntezy. Omówiłem ją szczegółowo w rozdziale o pisaniu poradnika, teraz więc przypomnę tylko jej myśli przewodnie: rozbicie roku szkolnego na dwa odrębne okresy z odmiennym programem; rozwijanie umiejętności technicznych i zmysłu konstrukcyjnego ucznia poprzez odwzorowywanie modeli do chwili, kiedy staje się on zdolny do samodzielnej, twórczej pracy; wyeliminowanie w jak największym stopniu ingerencji nauczyciela. W historii robót ręcznych z niewidomymi była to zupełna rewolucja. Dotychczas nauczyciel decydował o wszystkim, dyktował zadania do spełnienia i sposób ich wykonania. Samodzielna inicjatywa ucznia była bardzo ograniczona, kończyła się często niepowodzeniem. U podłoża leżał brak oprzyrządowań umożliwiających niewidomemu precyzyjną pracę. Nowa metoda dawała mu niezależność, lecz pod warunkiem, że będzie dysponował odpowiednim zapleczem technicznym. Pan Henryk w ciągu pół godziny wyłożył mi zasadnicze zręby nowej metody, uzupełniając je szeregiem praktycznych wskazówek. Miałem przede wszystkim przeczytać "Historię robót ręcznych w Polsce" Władysława Przanowskiego. Natchnień do komponowania modeli polecił szukać w Wyższym Studium Nauczycielskim przy ul. Jezuickiej 4, gdzie zajęć praktycznych uczył absolwent przedwojennego PIRR-u. Pod jego kierunkiem przyszli nauczyciele konstruowali z odpadów szlachetnego drewna małe modele mające służyć w szkole za wzór do dalszej pracy. Ruszczyc chciał, bym zapisał się tam na kurs zaoczny, jednak kłopoty ze zdrowiem uniemożliwiły mi ten zamiar. Praktyczną za to okazała się jego rada zaopatrywania się w początkowej fazie pracy w półfabrykaty z drewna produkowane dla szkół przez Wojewódzką Pracownię Robót Ręcznych* (Patrz: MŻ "Współpraca moja...", op. cit.). Podobnie jak w tworzeniu innych działów warsztatowych, tak i w tym przypadku nie otrzymałem ani własnego lokalu, ani narzędzi, ani gotowego materiału. Zajęcia musiałem prowadzić w stolarni wykończeniowej, gdzie pracowało kilku stolarzy. Gdy zaczęli się skarżyć, że lekcje przeszkadzają im w pracy, przeniesiono mnie do piwnicy pod Domem Chłopców. Byłem tam niezależny, lecz zdany wyłącznie na ręczną obróbkę całego materiału. Ilość moich własnych narzędzi była nie wystarczająca dla całej klasy, toteż chłopcy musieli posługiwać się nimi kolejno, co bardzo utrudniało pracę. Na początek opracowałem kilka modeli do odwzorowywania: wiatrak, studnię z kołowrotkiem, zagrodę wiejską, traktor. Uczniom spodobała się nowa forma zajęć, z entuzjazmem zabrali się do pracy i cieszyli pierwszymi sukcesami. Niewidome dzieci żywo odczuwają potrzebę ekspresji, a większość z nich nie mogąc rysować, jest zdana na modelowanie w plastelinie lub glinie. W kl. V i wyższych klasach chłopiec wyrywa się do majsterkowania, a prace ręczne, w których używa piły i wiertarki, imponują mu i dają wiele zadowolenia. Miękki materiał, jakim jest drewno, umożliwia uzyskanie w krótkim czasie widocznego efektu. Nic dziwnego, że nieraz spotykałem się z prośbą chłopców o dodatkowe zajęcia po południu, by mogli szybciej wykończyć rozpoczęte prace. Podczas lekcji tak byli przejęci swoją robotą, że nie spostrzegali, gdy ktoś, nawet sam Ruszczyc, wchodził do pracowni. Życzył on sobie poważnego traktowania spraw organizacyjnych, związanych z lekcją, by umożliwić uczniom poznanie stosunków panujących w zakładach przemysłowych. Tak więc modele i komplety detali musiały być oznakowane i wpisane do kartoteki. Modele i narzędzia wydawał za pobraniem żetonów uczeń dyżurny. On również na końcu lekcji je odbierał i sam ustawiał we wzorowym porządku w szafie. Chłopcy robili szybkie postępy, ja zaś miałem okazję do cennych obserwacji. W okresie przeznaczonym na pracę twórczą uczniowie niestaranni i niezdyscyplinowani niejednokrotnie wybijali się przed resztą klasy śmiałością pomysłów. Dziwiło mnie nieraz, że do ich poziomu nie dociągali zdolniejsi koledzy, którym jednak brakowało inicjatywy. Niektórzy podejmowali efektowne prace, których nie umieli wykończyć. Przeżywali wtedy prawdziwe dramaty, rozpacz i łzy. Pan Henryk radził zbytnio tym się nie przejmować. Był zdania, że niewidomy musi umieć poznać granice swych możliwości. Trzeba pozwolić nawet na psucie materiału, aby uczył się na swoich błędach. W stosunku do dziewcząt z ósmej klasy, które z czasem zaczęły przychodzić na moje lekcje, uważał, że najważniejszą dla nich rzeczą jest poznanie wysiłku fizycznego, by nauczyły się cenić trud rzemieślnika. Szczytowym osiągnięciem nowej metody było prowadzenie lekcji przy pomocy pisemnej instrukcji w brajlu. Zmusza to ucznia do dużej koncentracji umysłu. Za sukces uważałem również, gdy cała klasa po wykonaniu jakiegoś wyrobu - dotyczyło to prac bardziej skomplikowanych wymagających licznych oprzyrządowań - potrafiła bez pomocy nauczyciela odtworzyć ustawienie na dokładny wymiar poszczególnych przyrządów. Nie we wszystkich klasach było to możliwe. Ruszczyc często odwiedzał pracownię i był dumny z postępów swoich wychowanków. Cieszyło go, że tematyka zajęć rozszerza ich zakres wiedzy, gdyż zgodnie z zasadami Przanowskiego starałem się, aby modele wykonywane przez nich mogły służyć jako pomoce do nauki fizyki, historii i przyrody. Dla przykładu wymienię niektóre z nich: żarna, przyrząd do wyrobu filcu, żuraw studzienny, wieża oblężnicza, bojer, riksza, uproszczony model silnika. W starszej klasie chłopcy zrobili ławkę do kaplicy, łyżki do kuchni, rekwizyty teatralne, sprzęt dla pasieki, karmniki i skrzynki lęgowe dla ptaków. Starałem się nie produkować "durnostojek", przedmiotów nie służących do żadnego konkretnego celu i nie będących dziełem sztuki. Pan Henryk lubił obdarowywać swych gości pracami uczniów, toteż trzeba było dobrze chować wzorce służące do lekcji, gdyż i te rozdawał. Najczęściej trafiały one do rąk wizytujących Zakład dyrektorów państwowych szkół dla niewidomych. Organizował też lekcje pokazowe i tym sposobem metoda po raz pierwszy wprowadzona w Laskach zaczęła promieniować na całą Polskę. Podczas wystawy urządzonej przez Państwowy Instytut Pedagogiki Specjalnej można było oglądać modele oparte na laskowskich wzorach, wykonane przez niewidome dzieci z innych zakładów. Praca z Ruszczycem układała mi się dobrze. Nie było spięć i zadrażnień, opowiem jednak zdarzenie, które mnie kosztowało trochę nerwów. Pokazuje ono mojego Szefa jako człowieka, nie zawsze umiejącego oprzeć się naciskom otoczenia. A cała rzecz wynikła z dość prozaicznej sprawy - braku narzędzi w Warsztatach. Widząc, że ilość moich własnych jest niewystarczająca, a jakość produkowanych w kraju bardzo niska, zwróciłem się o pomoc do mającej kontakty z zagraniczną Polonią Zofii Morawskiej, skarbnika Zarządu Towarzystwa. Rzeczywiście, po rocznym czy półtorarocznym czekaniu Przyjaciele Lasek z Anglii przysłali cały zestaw potrzebnych mi narzędzi doskonałej jakości. Wieść o tym szybko rozeszła się po Laskach i dotarła do stolarzy zatrudnionych w Warsztatach. Podmówili Ruszczyca, by całość im przekazać, gdyż nie mają czym pracować. Pan Henryk, nie zbadawszy sprawy, wezwał mnie i w obecności stolarzy polecił oddać im narzędzia, "bo produkcja jest najważniejsza". Pierwszy raz usłyszałem z jego ust podobne zdanie, do tej pory zawsze mówiło się, że najważniejsze jest szkolenie. Nie był to jednak moment na dyskusję. Niepewnym głosem zapytałem, co mam dalej robić, gdyż klasy są coraz liczniejsze, a narzędzi brak. Ruszczyc odpowiedział, że mam starać się o ponowny przydział z zagranicy. Sprawa wyglądała beznadziejnie, miała jednak nieoczekiwany i pomyślny epilog. Inicjatorka tej akcji Lasek, Zofia Morawska, dowiedziawszy się o decyzji Ruszczyca, stanowczo zaprotestowała i zażądała zwrotu wszystkich narzędzi do szkolnej pracowni. Powołała się na wyraźnie przez ofiarodawców sformułowany warunek, że darowane narzędzia mają służyć wyłącznie niewidomym. I tym sposobem Klasa Robót w drewnie uratowała swój stan posiadania* (pomoc dla Lasek organizowała w Anglii głównie Maria Piotrowiczowa, bratowa ks. Stanisława Piotrowicza.)
Sukcesy i porażki w tapicerstwie
W parę lat po utworzeniu działów metalowego i drzewnego Ruszczyc zapragnął uzupełnić je działem tapicerskim. W 1958 r. zaangażował emerytowanego zdolnego tapicera - Władysława Maciąga i zlecił mu wyściełanie projektowanych do produkcji mebli. Do szkolenia potrzebny był ktoś młodszy, bardziej dynamiczny. Odpowiadając na ogłoszenie w gazetach w następnym roku zgłosił się kandydat na to stanowisko, Jerzy Bogusławski. Pochodził z rodziny od kilku pokoleń zajmującej się tapicerstwem, a o jego zamiłowaniu do tego zawodu świadczył fakt, iż szkolił w swoim warsztacie kandydatów na czeladników. W owym trudnym dla prywatnego rękodzieła okresie zamierzał zlikwidować zakład i szukać pracy gdzie indziej. Podczas pierwszej rozmowy pan Henryk pokazał mu fotel tapicerowany przez Maciąga i zapytał, czy, jego zdaniem, niewidomi mogliby wykonywać podobne rzeczy. Usłyszawszy pozytywną odpowiedź, od razu przyjął go do pracy. Swoim zwyczajem nie dał mu żadnego programu ani wskazówek metodycznych, z czego Bogusławski wywnioskował, że on sam będzie musiał je opracować* (Na podstawie: Rozm. J. Wróblewskiego z Jerzym Bogusławskim. Masz. 1982. AMŻ-4 i Rozm. MŻ z Edwardem Tarkowskim. Masz. 1986. AMŻ-4.). Wiadomość o powstaniu nieznanego polskim niewidomym kierunku szkolenia zelektryzowała uczniów Szkoły Zawodowej. Wszyscy, w tym również dziewczęta, chcieli rzucić dotychczasowe zajęcia, by móc uczyć się atrakcyjnego zawodu. Nie było to takie proste, gdyż wiele spraw stawało na przeszkodzie. Przede wszystkim do pracy w tapicerstwie konieczne są dość znaczne resztki wzroku. Po drugie, Warsztaty nie dysponowały odpowiednim lokalem. Z trudem udało się w końcu wygospodarować pomieszczenie na osiem stanowisk pracy. Spośród kandydatów należało więc wybrać najlepszych i podzielić na dwie grupy pracujące po trzy godziny każda. Wśród przyjętych na ten kierunek znalazło się również kilku najzdolniejszych absolwentów laskowskiej Szkoły Specjalnej dla uczniów z lekkim upośledzeniem umysłowym. W praktycznych zajęciach wcale nie ustępowali pozostałym kolegom. Bogusławskiemu przeznaczył pan Henryk do pomocy instruktorkę, Stanisławę Romazewiczową, żonę znanego nam z pracy w metalu Jerzego. Wykańczaniem wyrobów zajmował się emeryt, pan Maciąg. W nowo otwartym warsztacie brakowało narzędzi i Bogusławski przywiózł swoje. By ratować sytuację, Ruszczyc zamówił w prywatnym zakładzie w Warszawie młotki tapicerskie. Z czasem nadszedł od Przyjaciół z Anglii komplet najpotrzebniejszych przyborów. Program szkolenia musiał być związany z produkcją, lecz Bogusławski zdecydowanie stawiał postępy uczniów przed terminowością odstaw. Program przez pierwsze trzy miesiące przewidywał szycie materaców poduszkowych, podciąganie trawy do kantu i - co było najtrudniejsze - obszywanie kantów. Po dalszych trzech miesiącach uczniowie przechodzili do tapicerki krzeseł i foteli. Musieli przedtem wprawić się we wbijaniu gwoździ "teksasów" w deskę, przy pomocy kilku uderzeń młotka. Sprawiało to wszystkim trudności, gdyż zakończenie młotka ma wymiary osiem na osiem milimetrów. Dopiero po zdobyciu tej sprawności przystępowano do trudniejszych zadań: przybijania pasów, wiązania trawy, przykrywania jej płótnem i prac wykończeniowych. Zawód ten wymaga nie tylko zręczności, lecz również dokładności i inteligencji, toteż na wyuczenie się wyżej opisanych czynności przeznaczony był cały pierwszy rok nauki. W drugim rozpoczynano najtrudniejszą dla niewidomych pracę - wyrób tapczanów. Potrzeba było niemałej wprawy, by dojść do szycia prosto na długiej przestrzeni. Trzeci rok poświęcano wyłącznie na nabywanie wprawy i szybkości oraz przygotowanie się do egzaminów czeladniczych. Wykłady z technologii prowadził Jerzy Bogusławski, pan Henryk podjął się nauki o Polsce współczesnej, praw i obowiązków rzemieślnika oraz zarysu prawa spółdzielczego. Wyniki egzaminów były zawsze dobre i bardzo dobre. Na ogół komisja z Izby Rzemieślniczej stwierdzała u niewidomych wyższy poziom wiedzy z teorii zawodu niż u większości kandydatów widzących. W zakresie praktyki zawodowej uznawała, że niewidomi staranniej i równiej rozkładają włosie w materacach. Bogusławski był bardzo wymagający, nie tolerował żadnych braków, źle uszytą robotę kazał pruć i szyć od nowa. W letnich miesiącach Ruszczyc urządzał dla uczniów drugiej i trzeciej klasy zawodowej trzytygodniowe praktyki wakacyjne z 6-ciogodzinnym dniem pracy wynagradzanej w gotówce. Tapicerstwem interesował się szczególnie, podobnie jak każdym świeżo wprowadzanym zawodem. Zależało mu na powodzeniu tego przedsięwzięcia, toteż pracownię wizytował niemal codziennie. Obchodził po kolei stanowiska i rzucał pytania: "Czy ty wiesz, co robisz? Czy lubisz tę pracę? Czy ci ona się udaje?". Groził laską, gdy ktoś mówił, że tapicerstwa nie lubi, ale były to tylko żarty. Gdy zobaczył kiedyś jedną z dziewcząt siedzącą przy chłopaku, zamiast na swoim stanowisku, zdenerwował się i powiedział do 5. Romazewiczowej: "Pani tu ma bałagan". Pracę w Warsztatach uważał za coś bardzo ważnego i nie pozwalał dla byle jakiej przyczyny robić z niej zabawy. Zapytany przez chłopców w dniu imienin Bogusławskiego, czy mogą zagrać mu na akordeonie, zgodził się pod warunkiem, że tylko jeden uczeń będzie grał, a reszta będzie pracowała* (Rozm. MŻ ze Stanisławą Romazewiczową. Masz. 1985. AMŻ-4.). Eksperyment z tapicerstwem nie zakończył się sukcesem. Przyczyna tego leżała w mało życzliwym stosunku do niewidomych ze strony pracowników spółdzielni tapicerskiej w Jastrowiu na Pomorzu Zachodnim, dokąd pan Henryk wysłał siedmiu pierwszych absolwentów. Wielkie nadzieje przywiązywał do ich powodzenia w nowym zawodzie i wszystko zrobił, by im to zapewnić, wystarał się nawet o mieszkania i zdobył fundusz na lektora i zarazem opiekuna całej grupy. Absolwenci zapisali się do miejscowego liceum, aby zdać tam maturę, opiekun zaś otrzymał polecenie stałego informowania Szefa o wszystkim, co dotyczy tych kilku młodych ludzi i rzeczywiście wzorowo wywiązał się ze swego zadania. Posiadamy aż 41 jego listów do Ruszczyca. Absolwenci również obiecali stale pisać. Z początku widzący koledzy ze spółdzielni przypatrywali się z ciekawością i uznaniem rzetelnej pracy Laskowiaków, po pewnym jednak czasie wzięły górę ludzkie ułomności. Zarząd jastrowskiej spółdzielni nie wierzył w możliwości niewidomych i nie interesował się ich losem. Nie cenił sumienności. Laskowiacy dokładnie wykonywali prace, które inni zbywali w pośpiechu, ukrywając popełnione błędy. Mimo to miejscowa załoga otrzymywała najlepiej płatną robotę przy fotelach, zostawiając niewidomym uciążliwą tapicerkę przy tapczanach. Zdarzały się nawet długie okresy przestojów i - co za tym idzie - niższych poborów, to jednak nikogo nie obchodziło. W tych warunkach grupa laskowskich wychowanków dotrwała do zdania matury, po czym odeszła* (Rozm. MŻ z E. Tarkowskim, op. cit. W Jastrowie pracowali w spółdzielni następujący absolwenci: Zdzisław Gałek, Andrzej Kowalski, Jan Michalik, Eugeniusz Pokrywka, Józef Sochacki, Józef Szczebak, Edward Tarkowski.). Dla Ruszczyca musiał to być ciężki cios, gdyż wiele sobie po tapicerstwie obiecywał. Wszystkim siedmiu absolwentom załatwił inną pracę, trzech przyjął do Lasek jako wychowawców, pozostałych zaś skierował do Nowej Pracy Niewidomych. Tam jednak dział tapicerski wkrótce, bo w 1966 r., wskutek zmian organizacyjnych został zamknięty. W rok później Ruszczyc zdecydował się na zlikwidowanie go również w Laskach, uważając, że zawód ten w Polsce nie rokuje nadziei na przyszłość.
Młodociani ociemniali inwalidzi
Po drugiej wojnie światowej, już w 1945 r., Laski stanęły wobec problemu kształcenia i szkolenia młodocianych ociemniałych inwalidów wojennych. W ciągu 25 lat przewinęło się przez Zakład około 100 uczniów w różnym stopniu poszkodowanych, których należało przygotować do życia. Kalectwo ich polegało niekiedy na utracie paru palców u ręki, w kilku jednak przypadkach na braku nogi lub ręki, a przeważnie, bo aż w 23 przypadkach, na braku dłoni z częścią przedramienia. W połowie lat pięćdziesiątych do Zakładu przyjęto pięć osób bez obu rąk, z czego wynikła konieczność szukania nowych dróg przygotowania ich do życia. Niezależnie od tego na krótsze lub dłuższe pobyty zgłaszało się dalszych ośmiu ciężko poszkodowanych niewidomych. Podejmowali dorywcze próby pracy, żaden z nich jednak nie zdecydował się na pozostanie w Laskach w celu regularnego szkolenia. Jakie były przyczyny kalectwa tych chłopców, niekiedy już dorosłych młodych ludzi? Jedni utracili wzrok i ulegli wypadkowi na skutek działań wojennych, inni w wyniku prób rozładowywania niewypałów lub porzuconej amunicji. Ci ostatni chętnie nazywali siebie minerami. Ruszczyc mówił o nich półżartem: to są "pirotechnicy". Wszyscy odznaczali się przedsiębiorczością, zamiłowaniem do majsterki i odwagą wobec życia. Przede wszystkim chcieli dorównać zdrowym kolegom. Wytworzyli specjalny typ inwalidy wzroku o dużych ambicjach i silnej woli. Wystarczy powiedzieć, że spośród 23 jednoręcznych ociemniałych dwóch zdobyło doktorat na Politechnice Warszawskiej, jeden wybił się jako redaktor periodyku dla niewidomych, dwóch innych po studiach zajęło wysokie stanowiska w spółdzielczości lub Polskim Związku Niewidomych. Na 42 ociemniałych jednoręcznych i bezręcznych, którzy zetknęli się z Laskami, 72% uzyskało kwalifikacje rzemieślnicze, 43% świadectwa dojrzałości, 29% dyplomy uniwersyteckie, 45% zawarło związki małżeńskie. Wśród jednoręcznych znaczna część opanowała dwa zawody, przeważnie pracę w metalu i tkactwo (21 uczniów), lub metal i dziewiarstwo (3 uczniów), względnie metal i szczotkarstwo (2 uczniów)* (Patrz: Notatki M. Dmochowskiej, teczka szk. Viii AHR-8.). Zarząd Towarzystwa przywiązywał wielką wagę do rehabilitacji młodych inwalidów. Gdy w 1948 r. Ruszczyc powrócił na stałe do Lasek, kierownictwo Zakładu zobowiązało go do zajęcia się w szczególny sposób rehabilitacją zawodową tej właśnie grupy chłopców. Z właściwą sobie wrażliwością na cierpienie drugiego człowieka pan Henryk wczuł się w sytuację młodzieży obarczonej podwójnym kalectwem. Najpierwszą sprawą było wystaranie się dla nich o jak najlepsze protezy. Bardzo przydatne okazały się dawniejsze doświadczenia i znajomości Ruszczyca. Odnowił kontakt z prof. Wiktorem Degą, dyrektorem Kliniki Ortopedycznej w Poznaniu oraz z Krakowską Wytwórnią Protez. W związku z szybkim rozwojem młodych organizmów, protezy należało co pewien czas zmieniać i zastępować większymi. Trzeba też było troszczyć się o należytą pielęgnację kikutów, stosując ciepłe i zimne kąpiele, masaże, naświetlania itp. Paru jednoręcznych inwalidów przeszło operację Kruckenberga, polegającą na rozcięciu kikutów umożliwiającą chwytliwość a co za tym idzie posługiwanie się łyżką, naciskanie klamki itp. Ruszczyc bolał nad tym, że chłopcy niechętnie używają protez i korzystają z nich jedynie podczas zajęć w warsztatach. W klasie najchętniej obywali się bez nich, a już całkowicie odrzucali w internacie, zakładając jedynie w dni świąteczne protezy tzw. kosmetyczne. By stan ten zmienić, nie wystarczał nawet jego osobisty autorytet. Sytuację jednak znacznie poprawiła podjęta w 1958 r. przez Ministerstwo Zdrowia akcja, dzięki której wszyscy inwalidzi wojenni mieli bezpłatnie uzyskać nowoczesne angielskie protezy. Były one lżejsze i krótsze od wyrabianych w Polsce. W ciągu trzech lat od 1958 r. do 1961 r. wszyscy laskowscy inwalidzi otrzymali takie protezy wraz z zestawem 13 dowolnie przez siebie wybranych końcówek. Spośród nich najbardziej charakterystyczną była łyżka na łożysku kulkowym, zaopatrzona w ciężarek zapewniający utrzymywanie się jej nawet napełnionej płynem w pozycji poziomej, następnie widelec, nóż, grzebień, maszynka do golenia, szczypce "kombinerki" lub pilnik* (MŻ Patrz: Notatka z wyjazdu do Poznania z Wincentym Mierzejewskim, jesienią 1958. AMŻ-1.). W czasie podróży do Anglii w 1947 r. Ruszczyc stwierdził, że dla jednoręcznych ociemniałych jednym z najlepszych zawodów jest tkactwo. Z czasem postarał się o znalezienie w Polsce krosien podobnych do oglądanych w Wlk. Brytanii. Okazało się, że dyrektor Instytutu Głuchoniemych w Krakowie, inż. Alfons Szweigler, skonstruował model o analogicznym rozwiązaniu. Poruszanie pedałami zastępowało w nim czynności rąk, jedynie odpychanie i przyciąganie lady trzeba było nadal wykonywać ręką lub zakończoną specjalnym hakiem protezą. Prototyp takiego haka wykonał w Laskach miejscowy kowal. Mistrz w warsztacie tkackim, J. Borkowski, był wprawdzie zdania, że jednoręczni inwalidzi winni się uczyć na zwykłych krosnach, przyznawał jednak, że przy wysokich amputacjach albo braku obu rąk krosna Szweiglera są niezastąpione. Nieco podobnie przedstawiała się sprawa oprzyrządowania pracy w metalu. Uniwersalne haki produkcji angielskiej posiadały różne braki i okazały się mało przydatne, natomiast końcówki skonstruowane przez Jerzego Romazewicza, jedna do obróbki ręcznej, druga do mechanicznej - spisywały się znakomicie. W związku z tym w 1961 r. Ruszczyc zaprosił do Lasek na zebranie kilku specjalistów od rehabilitacji, dra Edwarda Lotha, dra Zbigniewa Godlewskiego i dra Jana Weremowicza. Wspólnie ustalono, że "końcówka trójszczękowa do wszystkich ruchów przy maszynach oraz uchwyt krążkowy do różnych narzędzi (...) mają charakter uniwersalny i winny być wprowadzone do produkcji". W dwa lata później podjęła się jej Warszawska Wytwórnia Protez. Wspomniane wyżej zebranie wcale nie było pierwszym tego rodzaju, gdyż już siedem lat wcześniej odbyło się podobne spotkanie specjalistów od spraw inwalidzkich z udziałem przedstawicieli Min. Pracy i Opieki Społecznej. Ruszczyc otrzymał wtedy obietnicę, że utworzy się dla tej grupy inwalidów specjalną spółdzielnię. Gdy jednak przez dłuższy czas sprawa nie posuwała się naprzód, pan Henryk powziął oryginalny pomysł utworzenia z pomocą Ministerstwa specjalnego zakładu szkoleniowego. Inwalidzi byliby tam zaopatrywani w odpowiednie protezy, uczyliby się pielęgnacji kikutów i pracy zawodowej. Zakład ten przekształciłby się z czasem w spółdzielnię. Jeszcze innym jego marzeniem było utworzenie spółdzielni dla bezręcznych i jednoręcznych niewidomych inwalidów, którzy produkowaliby sprzęt rehabilitacyjny. Podzielił się tym projektem z prof. Degą, który jednak dość krytycznie odniósł się do tego pomysłu, uważając go za zbyt kosztowny i mało realny. W równym stopniu jak sprawy szkolenia i przygotowania inwalidów do życia zajmował Ruszczyca problem znalezienia dla nich odpowiedniej pracy. W rozdziale o zatrudnieniu niewidomych w fabrykach wspomniałem o roli, jaką w Zakładach Telewizyjnych w Rembertowie odegrała grupa laskowskich absolwentów, zwłaszcza trójka jednoręcznych. Wydajność pracy całej tej grupy dochodziła do 80% normy, a jeden z nich, Ryszard Sawa, osiągnął nawet 96%. Był to niemały sukces. Dla ścisłości trzeba dodać, że sytuacja w Rembertowie układała się dobrze tylko tak długo, póki tam dojeżdżał ktoś z Lasek, Ruszczyc lub Romazewicz. W miarę jak ich dojazdy stawały się rzadsze, malało zainteresowanie osiągnięciami niewidomych. W pewnym momencie trzeba było dla jednego z nich, Bolesława Ociopy, dorobić specjalne urządzenie do maszyny i wtedy zaczęły się utyskiwania. "A może Bolek poczeka na inną robotę? - Skoro ta jest pilna, niech przy maszynie stanie kto inny". Doszło w końcu do tego, że zdecydowano płacić Ociopie pobory, nie dając mu wcale roboty, gdyż przygotowanie jej wymagało zbyt wiele trudu. Produkcja, termin i wydajność stanęły ponad osobą ludzką* (Opracowano na podstawie: Przemówienie J. Romazewicza na apelu szkol. Masz. 1973. AHR-8.). Każde nowe stanowisko pracy trzeba było wywalczać z wielkim wysiłkiem, a nieraz i wywdzięczać się za to kierownictwom przedsiębiorstw lub spółdzielni, wykonując dla nich w Warsztatach kłopotliwe zamówienia. W zamian za przyjęcie do siebie jednego Laskowiaka kierownicy przedsiębiorstw lub spółdzielni żądali wykonania dla nich pracochłonnych zamówień, dostarczenia dokumentacji technicznej lub oprzyrządowań. Można było podziwiać wytrwałość i oddanie sprawie pana Henryka, który nie zrażał się trudnościami i mimo wszystko przeprowadzał swoje plany. Pamiętnej wiosny 1954 r., gdy wiele czasu poświęcał na eksperymenty, znajdował go jeszcze dosyć na zebrania z lekarzami i ekspertami od spraw inwalidzkich. Na spotkaniu z prezesem Związku Spółdzielni Niewidomych w kwietniu 1961 r. Ruszczyc wyraził zgodę na udostępnienie laskowskich przyrządów i pomocy oraz wyników prowadzonych przez siebie eksperymentów spółdzielniom w Warszawie, Gdyni i Lublinie. W zamian za to udało mu się załatwić zatrudnienie dla wielu ociemniałych inwalidów w Łodzi, Lublinie i Warszawie. Wróćmy jeszcze do lat pięćdziesiątych. Rok 1954 był okresem przygotowań do rozbudowy Warsztatów i eksperymentów związanych z artystyczną pracą niewidomych w tkactwie i dziewiarstwie. W kwietniu tegoż roku w obecności przedstawicieli Min. Pracy i Opieki Społ. pan Henryk wygłosił referat, zakończony szeregiem ważnych wniosków. Uważając się w tym gronie za laika sformułował je w formie pytań. Prosił o odpowiedź na nurtujące go pytania. Czy obecni widzą i uznają celowość przeprowadzenia w Polsce weryfikacji wszystkich niewidomych z amputacjami rąk i nóg pod kątem ich pracy, zastosowania wszechstronnych badań lekarskich i psychologicznych, zbadania przydatności czterech rodzajów krosien Szweiglera dla bezręcznych i beznożnych, udźwiękowienia tychże krosien, zastosowania urządzeń umożliwiających inwalidom pracę kikutem bez posługiwania się protezą itp. Dwa ostatnie wnioski świadczyły, jak umiał wczuć się w sytuację człowieka dotkniętego kalectwem. W dyskusji powołał się na wypowiedzi M.K., zdolnego inwalidy bez obu rąk. Po przeprowadzeniu próby tkania zębami, w czasie której w ciągu godziny wykonał 1 metr materiału, M.K. oświadczył, że "będzie liczył godziny do chwili ponownego zawezwania". W czerwcu tego samego roku Ruszczyc w piśmie do Ministerstwa wyraził zaniepokojenie, że nadal nie podejmuje się starań o skonstruowanie specjalnych protez dla inwalidów z amputacjami powyżej łokcia. Powołał się na zdanie dra Lotha, że opracowanie takich protez, choć trudne, jest jednak możliwe, a zapewniłoby tej grupie ludzi zdolność do pracy. W trzy dni później wysłał list następny. Oto niewidomy inwalida, gruźlik, znajdujący się w sanatorium załamuje się psychicznie. Trzeba pilnie dostarczyć mu krosien Szweiglera, żeby stworzyć warunki do pracy. Korespondencja z Ministerstwem Pracy i Opieki Społecznej doprowadziła po roku do oczekiwanych wyników. Ministerstwo wysłało do Krakowa zamówienie na kilkadziesiąt krosien różnego typu wedle zaproponowanego przez Ruszczyca rozdzielnika. Pan Henryk wskazał między innymi na przydatność krosien Szweiglera dla chorych na reumatyzm i zainteresował tą sprawą prof. Eleonorę Reicher, dyrektora Instytutu Reumatologii w Warszawie. W rok później napisał prośbę o dodatkowy przydział paru krosien, wymieniając między innymi wspomnianego wyżej M.K., mimo że wcale nie przebywał on w Laskach. Fakt ten wiele mówi. Wypada wtrącić kilka słów o psychoterapii przez pracę jednoręcznych niewidomych w samych Laskach. Wszyscy wykazywali duże zainteresowanie i uzdolnienia techniczne. Szkolenie w metalu oraz kontakt z dobrze wyposażoną pracownią sprawiał im wielką satysfakcję i dawał okazję do wyżycia się. Grupa tych młodych ludzi pozostawiła po sobie trwały dorobek w postaci nietypowych wyrobów wykonanych według pomysłu wspomnianego wielokrotnie J. Romazewicza. Dziełem jednorękiego ucznia było kilkanaście sanek z rurek wraz z oprzyrządowaniem do ich produkcji, kilka taboretów obrotowych o regulowanej wysokości i cenny przyrząd umożliwiający niewidomemu piłowanie elementów metalowych pod dowolnym kątem. Uczniowie mieli w tej pracy swój twórczy udział, rozwiązując samodzielnie wiele szczegółów technicznych. Płynące stąd zadowolenie przywracało im wiarę we własne siły i zachęcało do działania. Charakterystycznym przykładem był pod tym względem B.O., który w chwili przyjścia do Zakładu był bliski załamania i myślał o odebraniu sobie życia. Przeklinał chwilę, gdy odratowano go leżącego po wypadku w kałuży krwi. Pierwsze zetknięcie z warsztatem i pracą w metalu wywarło na nim duże wrażenie, spostrzegł, że nawet jedną ręką można wykonywać ciekawe rzeczy. Przemyślany program zajęć zapewnił mu stałe codzienne sukcesy i poprawił samopoczucie. To on był twórcą taboretów obrotowych. Zupełnie zrehabilitowany, wykazał się doskonałą pracą w przemyśle i spółdzielczości, ożenił się i wyrósł na dzielnego człowieka* (ibidem.). Oddzielne zagadnienie stanowi eksperyment z pięcioma inwalidami bezręcznymi, którzy przybyli do Lasek w latach 1955-1958. Sam Ruszczyc tak o nich napisał: "W 1955 r. i w latach następnych przybywają do Lasek kolejno, rekrutowani częściowo przy pomocy Min. Pracy i Opieki Społecznej, niewidomi bez obu rąk na krótsze próby lub dłuższe okresy szkolenia. Byli to młodzi, ale już dorośli ludzie, przebywający do czasu dostania się do Lasek w trudnych warunkach domowych, w nieustannej zależności od otoczenia, bez żadnej perspektywy życiowej. Wejście ich w rytm pracy, otoczenie kolegów niewidomych, stworzenie perspektyw na przyszłość, usamodzielnienie w wielu punktach samoobsługi dało im zastrzyk energii, chęci do życia i radości. Na wysiłek włożony w ich rewalidację odpowiedzieli dużym wkładem wysiłku osobistego i wytrwałości (...). Jeden z nich tylko musiał z powodu bardzo wysokiej amputacji pracować na specjalnym warsztacie (- krosnach - przyp. MŻ) - wszyscy inni pracowali na zwykłych warsztatach. Wydajność ich jest dość duża, mogą tkać około 5 m materiału w czasie 6-godzinnego dnia pracy. Zdali egzamin czeladniczy w Warszawie w Izbie Rzemieślniczej"* (Patrz: HR "Szkolenie i zatrudnienie amputantów niewidomych". Masz. ok. 1961. AHR-5.). Gdy w 1961 r. nastąpiło w całym kraju załamanie tkactwa i zaczęto rozwiązywać spółdzielnie o tej specjalności jako nieopłacalne, Ruszczyc stanął wobec konieczności decyzji o dalszych losach ociemniałych bez obu rąk zatrudnionych w Laskowskich Warsztatach. Po porozumieniu z Modestem Sękowskim skierował ich do działu metalowego w Spółdzielni Lubelskiej, wiedząc że znajdą się tam pod dobrą opieką. Przedtem jednak mieli przejść solidne przeszkolenie w obróbce metalu w Laskach według skróconego programu Szkoły Zawodowej. Wychodził z założenia, że każdy niewidomy musi dobrze znać podstawy swego zawodu. Jerzy Romazewicz w pierwszej chwili uważał pomysł takiego szkolenia za nierealny. Dzięki jednak końcówkom, o których wcześniej była mowa, inwalidzi mogli mocować w protezie wszystkie normalne narzędzia ślusarskie i nimi pracować. Mogli też obsługiwać obrabiarki. Czyniąc szybkie postępy, po kilku miesiącach opanowali około 38 ręcznych operacji. Końcowym etapem była seryjna produkcja świeczników projektowanych przez E. Dembińską i wysyłanych przez "Cepelię" na eksport. Był to niewątpliwie niemały sukces* (Rozm. MŻ z J. Romazewiczem, op. cit.). "Dla Ruszczyca największą radością były osiągnięcia uczniów, opowiada Romazewicz. Raz, gdy zobaczył, jak niewidomi inwalidzi pracują przy pomocy końcówek, jak działają urządzenia pomiarowe, kiedy widział te wszystkie sukcesy swoich wychowanków i jak mu je demonstrowałem - chwycił mnie (:..) przytulił do siebie i wycałował z radości, że ci uczniowie mają takie osiągnięcia"* (Patrz: Przemówienie J. Romazewicza na apelu szkol. op. cit.). Po zakończeniu kursu pięciu bezręcznych ociemniałych pojechało do Lublina, gdzie zakwaterowano ich w Domu dla Przewlekle Chorych, obsługiwanym przez zakonnice. W spółdzielni przydzielono im pracę na prasach uruchamianych naciskiem nogi na pedał.* (Ibidem) Na równi z inwalidami wojennymi przejmował Ruszczyca los chłopców dotkniętych innym podwójnym kalectwem i gdy zachodziła potrzeba pomocy, nie liczył się z własnymi siłami ani czasem. Widać to doskonale na przykładzie braci Matysiaków. Henryk i Mirosław w wieku kilkunastu lat zostali skierowani do Lasek. Cierpieli na zmiękczenie i łamliwość kości, przy każdym upadku następowały złamania. Zarząd Towarzystwa umieścił ich w swym Zdrowotno-Wypoczynkowym Punkcie w Rabce, gdzie zajęły się nimi siostry. Po roku dołączył trzeci pensjonariusz, Kazimierz Rogala, który przebył dwukrotną operację guza móżdżku. W następnym roku dojechał Andrzej Szewczyk, cierpiący na zachwianie równowagi i przy chodzeniu wymagający pomocy drugiego człowieka. Siostry robiły, co mogły, serdecznością osładzały im cierpienia, organizowały zajęcia politechniczne i naukę szczotkarstwa. Do Ruszczyca zwróciły się z prośbą o wyrobienie rent i zdobycie wózków inwalidzkich. Chłopcy byli mili, pogodni, bardzo uzdolnieni do muzyki, zdobyli sobie sympatię otoczenia. Ciężar jednak starań o pomoc spadał, jak zwykle, na Ruszczyca, który się od tego nie uchylał. On jeden zresztą mógł rozwiązać problem uzyskania dla Matysiaków pracy oraz oddzielnego mieszkania w rodzinnym Rawiczu. Pobyt w jednym mieszkaniu z rodziną nie wchodził w grę. By uregulować sprawę, konieczny był jego osobisty przyjazd na miejsce. W maju 1970 r. wybrał się do Wielkopolski na 3-dniową wycieczkę. W prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Poznaniu odbył konferencję w celu zapewnienia Matysiakom pracy, renty i mieszkania. Z zarządem Spółdzielni "Sinpo" załatwił przydział pracy chałupniczej, w zakładzie w Jarogniewicach uzyskał zgodę na czasowy pobyt chłopców, póki nie otrzymają przydziału mieszkania w Rawiczu. Tam zaś przeprowadził rozmowy z kierownikiem Wydziału Zdrowia i Opieki Społecznej, kierownikiem Działu Spraw Komunalnych i przedstawicielem Wojewódzkiej Rady Narodowej. Sprawdził sytuację rodzinną. Wyjechał dopiero po uzyskaniu obietnicy przyznania Matysiakom trzypokojowego mieszkania w nowym budownictwie, które w dwa lata później rzeczywiście otrzymali* (Patrz: M. Dmochowska, op. cit.). Powróciwszy do Poznania tak zasłabł, że zabrano go do szpitala, gdzie lekarze chcieli go zatrzymać. Z Lasek wysłano pielęgniarkę, lecz Ruszczyc o pozostaniu w szpitalu nie chciał słyszeć i jak tylko trochę odpoczął, powrócił do Lasek. Zamierzoną sprawę doskonale załatwił, nie bacząc na to, że tak wielki wysiłek mógł kosztować go życie.
Troska o absolwentów
Troska o uczniów opuszczających Zakład nigdy nie odstępowała Ruszczyca, toteż w jego biografii temat ten zasługuje na szczególne potraktowanie. Poznanie warunków życia i pracy wychowanków dawało mu bogaty materiał do przemyśleń, wpływało na dobór środków wychowawczych i kierunki szkolenia. Ruszczyc okazywał im tyle serca i stałej pamięci, że nawet opuściwszy Zakład nie przestawali czuć się pod jego opieką. Świadomość ta działała na nich mobilizująco i zobowiązywała do zachowania w trudnościach odpowiedniej postawy moralnej. Słowa usłyszane w chwilach pożegnań długo brzmiały im w uszach: "Pamiętaj, że masz być zawsze dobrym ambasadorem Lasek w Słupsku", przeczytał w liście Włodzimierz Leśniak, jeden z byłych uczniów Zakładu, w chwili podjęcia pracy na Pomorzu Zachodnim* (Włodzimierz Leśniak: Ank. 1973. Masz. AHR-8.). Nigdy tych słów nie zapomniał. "Teraz, kiedy go tu już nie ma - mówi inny wychowanek, Jerzy Jagiełło, ale pewno z nieba na nas patrzy, wciąż kieruje mną myśl o postępowaniu w taki sposób, aby on mógł być ze mnie dumny. Pan Ruszczyc miał jakiś szczególny charyzmat podzielności uczucia, którym obdarzał wielu. Zastanawiam się, jak on to potrafił robić. Każdy z nas miał przekonanie, że tylko on dla niego istnieje, że pan Ruszczyc jest cały dla niego"* (Rozm. MŻ z Jerzym Jagiełło. Masz. 1987. AMŻ-4.). Podobne wypowiedzi padają we wspomnieniach wielu Laskowiaków. Przyjrzyjmy się stosowanym przez niego kryteriom w sprawie podejmowania przez nich dalszej nauki, wyższych studiów, wyboru pracy zawodowej. W Laskach od początku przykładano wielką wagę do dalszego kształcenia zdolnych uczniów i kierowano ich do liceów dla widzących. Ruszczyc, który w pełni ten pogląd podzielał, miał na ten temat własne zdanie: był przeciwny uczeniu się bez równoczesnej pracy zawodowej. Uważał, że dorosłego człowieka winno być stać na łączenie jednego z drugim. Pokonywanie trudności połączone z większym wysiłkiem świadczy o prawdziwej rehabilitacji niewidomego. Jego uczęszczanie do szkół dla widzących spełnia ważne zadania społeczne, uświadamiając tym ostatnim problemy ludzi pozbawionych wzroku. Daje pole do nawiązywania szerokich kontaktów, stwarza okazję do dobrych małżeństw z widzącą dziewczyną. Pan Henryk był w zasadzie przeciwny zalecaniu się do widzących panien. Był zdania, że to chłopcy powinni zwracać na siebie uwagę i budzić sympatię całą swą postawą, stosunkiem do nauki i do innych ludzi. "Stać was na to, - mawiał - by ktoś się na was poznał jako na ludziach wartościowych"* (Rozm. MŻ z Janem Michalikiem. Masz. 1985?8:86 AMŻ-4.). Był przeciwnikiem przerzucania się z jednego zawodu na drugi, nowości i łatwizny. Jeśli człowiek raz coś wybrał, musi w tym wytrwać. Jego zdaniem, decyzję o podjęciu wyższych studiów, nawet gdyby się miało zacięcie na intelektualistę, można powziąć dopiero po opanowaniu dwóch zawodów praktycznych. W sprawach zatrudnienia dbał o tzw. rejonizację, czyli znalezienie pracy w dzielnicy kraju, z której absolwent pochodził, o ile możności w pobliżu własnej rodziny. Zależało mu na tym szczególnie, gdy chodziło o absolwentki Szkoły Specjalnej dla uczniów z lekkim upośledzeniem umysłowym. Unikał za wszelką cenę umieszczania ich w bursach lub hotelach robotniczych. Bardzo był też przeciwny mieszkaniu byłych wychowanków we wsi Laski lub najbliższej okolicy. Miał znakomitą znajomość ich spraw, stanu zdrowia, zaradności, pracowitości, zalet i wad, stosunków rodzinnych. W rozmowach z byłymi wychowankami był szczery, otwarcie mówił, dlaczego tak a tak postąpił. Nie łudził, nie przygnębiał, budził wiarę we własne siły - "Przyszłość zależy od nas" - mawiał. W czasie wizyt, jakie składali mu absolwenci, interesował się dosłownie wszystkim: sprawami osobistymi, rodzinnymi, pracą zawodową, nawet planami rozwojowymi odnośnych spółdzielni. Nieraz absorbowały go pozorne błahostki, dla niego miały zawsze swoje znaczenie. W ostatnich latach życia, gdy już nie mógł prawie mówić, kazał sobie dużo opowiadać i wszystko to w siebie wchłaniał. Przejmował się problemami wychowanków, jak własnymi, przeżywał ich sukcesy, martwił niepowodzeniami, wczuwał w indywidualną sytuację każdego. Przejdźmy do konkretnych przykładów. Spośród licznych relacji wybieramy na przykład historię Józefa Penksy. W 1956 r. ukończył on Zasadniczą Szkołę Zawodową w Laskach, w dziale mechanicznym i zaczął marzyć o dalszym kształceniu się, ale w radiotechnice. Do Ruszczyca przyszedł na rozmowę na ten temat z wielkim niepokojem, wiedząc dobrze, na co się porywa. Pan Henryk wcale jego pragnienia nie potraktował jako niepoważną zachciankę, nie wspomniał ani jednym słowem, że dotąd w Polsce tylko jeden niewidomy obrał ten kierunek. Z miejsca zabrał się do starań, aby sprawę załatwić. Wszystkie szkoły radiotechniczne w kraju przysłały odmowy, w końcu jednak na wyraźne polecenie Ministerstwa Oświaty szkoła w Poznaniu ustąpiła. Osiągnięte zwycięstwo było jednak pozorne, gdyż choć przyjęto Penksę od razu do Ii klasy, to jednak tylko jako wolnego słuchacza. Chłopca podtrzymywała na duchu jedynie stała korespondencja z Ruszczycem i świadomość, że on o nim ciągle pamięta. Na ferie zimowe został zaproszony do Lasek, gdzie w pierwszym spotkaniu posłyszał słowa: "I cóż, czy wytrzymasz w tak niesprzyjających warunkach?". Gdy w odpowiedzi padło słowo "Tak", Ruszczyc zawołał: "Wiedziałem, że tak powiesz, ty twardy góralu!". Pan Henryk w dalszym ciągu otaczał go swoją opieką. Wystarał mu się o specjalistyczne pomoce umożliwiające zajęcia warsztatowe, znalazł też fundusze na opłacenie instruktora. Po 2 latach Penksa ukończył szkołę z doskonałymi wynikami, torując przez to drogę do nowego zawodu innym niewidomym. Trudności do przezwyciężenia pozostało bardzo wiele. Trzeba było znaleźć dla niego pracę i mieszkanie w Warszawie, mieście zamkniętym wówczas dla osób nie posiadających miejscowego meldunku. Ruszczyc przekonał kierownictwo jednego z hoteli robotniczych, że nowy lokator potrafi zachować wszystkie przepisy porządkowe. Penksa mógł już spokojnie zapisać się do technikum wieczorowego, a w kilka lat później ukończył z dyplomem inżyniera Wydział Elektroniki na Politechnice Warszawskiej* (Józef Penksa: "Wspomnienie o człowieku czynu i serca". Masz. 1977. AHR-8.). W przyszłości okazał się bardzo twórczy w sprawach elektroniki, opracował m.in. cenne przyrządy pomiarowe mające służyć niewidomym. Weźmy inny przykład. Dwaj absolwenci Szkoły Zawodowej, Wacław Czyżycki i Bartłomiej Rogowski, pojechali do Krakowa i zapisali się do liceum dla widzących. Ruszczyc wystarał im się o przyzwoitą kwaterę w Zakładzie im. Helclów, po czym znalazł sympatyczną panią jako lektorkę i starszego pana jako przewodnika do teatru i opery. Chciał zabezpieczyć ich przed nawiązywaniem ryzykownych znajomości. Wzruszająca była troska, jaką okazał w tak prozaicznej sprawie, jak pranie bielizny. W Krakowie pralnie chemiczne były drogie, kazał więc zmajstrować w Laskach drewnianą skrzynkę z zasuwanym wiekiem, mającym z jednej strony wypisany adres chłopców, z drugiej - Lasek. Przez trzy lata skrzynka wędrowała między Laskami a Krakowem umożliwiając obu licealistom darmowe pranie. Ruszczyc dbał bardzo o zorganizowanie dobrego wypoczynku dla młodych, którymi się opiekował. Wiedząc, że wyżej wymienieni nie mają rodzin, załatwiał im pobyt na koloniach nad morzem, w Sobieszewie. Czyżycki nie czuł się tam gościem, lecz współpracownikiem, prowadził na plaży zabawy i zajęcia gimnastyczne z młodszą dziatwą* (Rozm. MŻ z Wacławem Czyżyckim. Masz. 1986. AMŻ-4.). Niekiedy opieka nad absolwentami przysparzała nieoczekiwanych kłopotów. Jeden z nich, mieszkając w Warszawie, rozpił się. Ruszczyc chciał go wyrwać z nałogu i złej kompanii. Parokrotnie przerzucał go z pracy w stolicy do spółdzielni w odległych częściach kraju, lecz bez dobrych rezultatów. Miał jednak tak wielki autorytet, że młodzi, choć już niezależni, nie śmieli go nie posłuchać. Każdy przypadek zasługiwał na jego oddzielną uwagę. Gdy absolwentka Halina Bętkowska ukończyła kurs dla asystentek rehabilitacji w szpitalach, opracował listę potrzebnych do tego celu pomocy i przyrządów* (Patrz: HR "Rehabilitacja zawodowa niewidomych. Terapia zajęciowa"; HR przedstawił tam charakter zajęć prowadzonych przez absolwentkę Halinę Bętkowską. AHR-5.). Na koniec kilka słów o jego korespondencji z byłymi wychowankami. Z upływem czasu liczba ich rosła, a ilość listów przyjmowanych i wysyłanych wynosiła tysiące. Przebija w nich wszędzie pragnienie podtrzymania na duchu tych, którzy borykali się z twardym losem. Pan Henryk krzepił ich dobrym słowem, dodawał otuchy, radził. Zachęcał do dalszego kształcenia się i włączania w pracę społeczną. Dla przykładu zacytuję dwa typowe fragmenty. Z listu Ruszczyca do Bronisława Krzeska: "Rozumiem, że masz inne aspiracje niż Twoja mechaniczna praca. Droga, którą przeszedłeś, zanim doszedłeś do Poznania, była tego rodzaju, że jest całkiem naturalnym, że szukasz w życiu czegoś więcej niż to, co masz. (...) Kochany Bronku, życie przynosi nam wszystkim jakieś zawody, trudności i niepowodzenia. Wszyscy mamy, dopóki żyjemy, niespokojne serca, ale mamy możność wypełnienia tej pustki wewnętrznej przez szukanie i pragnienie zrozumienia, jaka jest wola Boża w stosunku do każdego z nas. Na każdym stanowisku, w każdym miejscu mamy jakieś zadania do spełnienia, tylko trzeba je odszukać i zrozumieć, a zrozumiawszy wykonać i wtedy mimo wielu trudności, a czasem i boleści nawet, znajduje się spokój i zadowolenie wewnętrzne, to co właściwie jest najważniejsze. To wszystko nie wyklucza, a nawet łączy się bardzo ściśle z roztropną organizacją swego życia praktycznego"* (Patrz: Korespondencja HR, AHR-6.). A teraz fragment listu do Włodzimierza Leśniaka: "Najwięcej się cieszę z tego, że na naukę się zdecydowałeś i rozumiesz jej znaczenie dla swojej przyszłości i dla przyszłości niewidomych. Każdy niewidomy dążący do zdobycia coraz to dalszych możliwości życiowych, pracuje nie tylko dla siebie, ale pracuje dla sprawy niewidomych. Wierzę, że dopniesz celu i dojdziesz do osiągnięć, które pozwolą ci potem twórczo pracować dla dobra niewidomych"* (Korespondencja HR, AHR-6.). Począwszy od 1970 r., wysyłał życzenia świąteczne do wszystkich absolwentów sprzed wojny i późniejszych, w liczbie kilkuset rocznie. W zasadzie zajmował się zatrudnieniem tylko wychowanków Domu Chłopców, lecz z upływem lat włączył się również w sprawy absolwentek z Internatu Dziewcząt, a nawet i Szkoły Specjalnej. Przymnażało mu to znacznie zajęć. W latach sześćdziesiątych wzrosła liczebność szkół. Z końcem roku szkolnego opuszczało Laski około 40 uczniów, nieraz nawet więcej. Pan Henryk, zawsze powściągliwy w mówieniu o sobie i o tym, co robi, jedynie z Hanną Welmanową i Małgorzatą Pawełczak prowadził długie rozmowy na temat absolwentów. Tylko one wiedziały o trudnościach, które musiał pokonywać. Tymczasem coraz więcej jego dawnych uczniów osiedlało się w Warszawie. Rosła liczba zaproszeń na poświęcenie nowego mieszkania, uroczystości ślubne, chrzciny. Ruszczyc nigdy nie odmawiał, lecz styl jego życia bardzo się wskutek tego zmienił.
Zatrudnienie absolwentów w fabrykach
Z chwilą, gdy w 1957 r. pierwsi absolwenci opuścili Szkołę Zawodową, Ruszczyc uznał za najważniejszą rzecz wyszukiwanie dla nich stanowisk pracy. Chciał, by nie była bezmyślna, lecz wymagała wysiłku umysłu i rozwijała całego człowieka. Na pierwszym miejscu stawiał zatrudnienie w środowisku ludzi pełnosprawnych, więc w fabrykach, gdyż to zmuszało niewidomych do wytężenia wszystkich sił, aby im dorównać. Praca w spółdzielniach inwalidzkich nie spełniała, jego zdaniem, tych wymogów, niewidomi czuli się tam zbyt bezpieczni i wyizolowani. W dążeniu do znalezienia nowych stanowisk pracy Ruszczyc powrócił do swych wypróbowanych w latach czterdziestych metod, kiedy zatrudniał w Poznaniu i Trójmieście ociemniałych inwalidów. Zaczął wtedy od zwiedzania fabryk. Zadanie miał teraz o tyle ułatwione, że dysponował wyszkolonym personelem, dobrze znającym warunki pracy w Laskowskich Warsztatach. Zabierał więc z sobą Jerzego Romazewicza i Bogdana Szewczyka, instruktora w dziale metalowym i zlecał im wynotowywanie nadających się dla laskowskich uczniów stanowisk. Z czasem delegował ich łącznie z wychowankami, aby na miejscu przeprowadzali z nimi próby. Romazewiczowi utkwiła w pamięci jedna z takich wizyt w Warszawskich Zakładach Budowy Maszyn im. Waryńskiego, ogromnym przedsiębiorstwie zatrudniającym 3,5 tysiąca robotników, w którym przed wojną sam pracował. Dla przeprowadzenia prób wziął ze sobą Tadeusza Kurpiewskiego, ociemniałego inwalidę bez jednej ręki. W pracy przy tokarce rewolwerowej osiągnął on wtedy 100-130% normy fabrycznej, budząc podziw otoczenia. Obok niego widzące kobiety obsługujące podobne tokarki, osiągały tylko 70-80% normy. Efekt był kolosalny. W tej właśnie fabryce udało się Ruszczycowi zatrudnić 7 niewidomych i doprowadzić do tego, że przyznano im osobnego brygadzistę, kobietę. Zaraz z początku zaoponował przeciw przyjęciu Laskowiaków inspektor bezpieczeństwa i higieny pracy, z uwagi na to, że w zakładzie zdarzało się wiele wypadków. Ruszczyc jednak nie darmo stosował zasadę, że do nowych miejsc pracy trzeba kierować najzdolniejszych i najbardziej odpowiedzialnych uczniów. U Waryńskiego rzeczywiście żaden nie zawiódł, tak że i dyrekcja zmieniła zdanie na ich temat. Zastępca naczelnego dyrektora, Julia Rewkowska, tak przejęła się sprawą niewidomych, że opublikowała książkę pt. "Praca niewidomych na obrabiarkach do skrawania metali"* (Rozm. MŻ z J. Romazewiczem, op. cit.). W następnych latach dobre tradycje laskowskie w tym Zakładzie podtrzymywał absolwent Zdzisław Miś. Jego racjonalizatorski projekt przyczynił się do milionowej oszczędności przedsiębiorstwa. Niezależnie od tego Miś zyskał uznanie dzięki opracowaniu nowych modeli dwóch ubrajlowionych przyrządów mierniczych: suwmiarki i mikrometra. Do tej pory były one niedostępne dla większości niewidomych w Polsce. Z biegiem czasu Ruszczyc pogłębiał swoje znajomości w świecie warszawskiego przemysłu i wypracował własną metodę zatrudniania absolwentów. Zaczynał od rozmowy z prof. Stanisławem Ryżko z Politechniki Warszawskiej, który rozsyłał odpowiednie rekomendacje do dawnych, oddanych mu uczniów, obecnie dyrektorów zjednoczeń. Od nich płynęły polecenia do fabryk. Ówczesną sytuację niewidomych ułatwiał fakt, iż zgodnie z wydanym rozporządzeniem zakłady miały obowiązek zatrudniania u siebie pewnego procentu inwalidów. Ruszczyc doprowadził do powstania osobnej komisji powołanej do typowania właściwych dla nich stanowisk pracy. Kilka liczb najlepiej zilustruje ogrom jego starań. W latach 1963-1969 pan Henryk złożył 55 wizyt w zjednoczeniach przemysłowych i fabrykach, uczestniczył w 22 zwiedzaniach przedsiębiorstw. Ostatnia jego akcja przypadła na końcowy rok jego działalności, kiedy to umieścił w fabrykach 7 absolwentów* (Patrz: M. Dmochowska, op. cit.). Mniej trudne było znalezienie miejsc pracy w spółdzielczości, ale i ono wymagało niemałego zachodu. Sprawy te Ruszczyc załatwiał z wydatnym udziałem mgr Haliny Adamowicz, kierownika rehabilitacji w Związku Spółdzielni Niewidomych. Narady odbywały się w Laskach, konferencje w Związku Spółdzielni Niewidomych (ZSN), w poszczególnych spółdzielniach lub Okręgowych Związkach Spółdzielni Inwalidów (ZSI). W końcu lat pięćdziesiątych pan Henryk wniósł do tej akcji nowy element - pokazy pracy uczniów w Laskowskich Warsztatach. Miały one zaznajomić dyrektorów przedsiębiorstw z problematyką niewidomych, przekonać ich o stopniu wyszkolenia zawodowego uczniów. W latach 1963-1970 zorganizował 41 takich pokazów. Sam fakt doprowadzenia do przyjazdu w jednym dniu kilku dyrektorów był niemałym osiągnięciem, okupionym dużym wysiłkiem. Trzeba było przeprowadzać liczne indywidualne rozmowy i składać wizyty w gabinetach dyrektorskich, po tym jeszcze upewniać się telefonicznie, pisać listy, aby w końcu przeżywać rozczarowanie, że część zaproszonych nie dotrzymała terminu. Z czasem w urządzaniu pokazów wytworzył się pewien rytuał. Na parę dni naprzód we wszystkich pomieszczeniach warsztatowych robiło się generalne porządki, a Szef wszystko chciał sam sprawdzać, gdyż kładł wielki nacisk na wały stronę estetyczną lokali. Na pokaz młodzież musiała być ubrana w czyste kombinezony i nakrycia głowy, natomiast plan lekcji bywał zwykle mocno zakłócony. Bo też ze wszystkich klas zabierano najbardziej zdolnych manualnie uczniów, by poszczególne działy warsztatowe były dobrze reprezentowane. Plan pokazu Ruszczyc uzgadniał z uczniami z najstarszych klas, uważnie wysłuchując ich opinii. Chciał, by z całą świadomością uczestniczyli w imprezie mającej zadecydować o ich przyszłych losach. Wszystko zaczynało się tradycyjnie od przyjęcia w gabinecie Ruszczyca, gdzie gości częstowano czarną kawą. Pan Henryk naprowadzał rozmowę na sprawy mało ogółowi znane: możliwości zawodowe i życiowe oraz osiągnięcia polskich i europejskich niewidomych. Informacje te otwierały przed dyrektorami nowe horyzonty. Po kawie wyruszano na zwiedzanie Warsztatów. Uwzględniano szczególnie działy metalowy i mechanicznej obróbki drewna. Chodziło o zademonstrowanie sprawności uczniów w obsłudze różnego rodzaju maszyn i osiąganej przy tym precyzji. Pokaz w metalu obejmował niekiedy aż 35 operacji ręcznych i mechanicznych. Po tym następowało zwiedzanie tapicerstwa, szczotkarstwa, w końcu tkactwa i dziewiarstwa. W Domu Chłopców czekała na gości wystawa prac uczniowskich, przy czym Ruszczyc rozdawał w prezencie drobne przedmioty wykonane przez młodzież. Na ogół pokazy wywierały na gościach niezatarte wrażenie. Raz jeden z dyrektorów, wzruszony występem chóru, którym z reguły zamykała się impreza, od razu zaproponował przyjęcie do pracy aż 4 absolwentów. Na koniec czekał zaproszonych jeszcze jeden ważny punkt programu - obiad w gabinecie Ruszczyca. Przynosili go ubrani w białe kitle uczniowie Szkoły Zawodowej, a pan Henryk, żartując i stawiając podchwytliwe pytania, wciągał ich do wspólnej rozmowy. Po skończonym obiedzie i odesłaniu chłopców do internatu zaczynała się dyskusja - kto ilu absolwentów u siebie zatrudni: jednego, dwóch czy trzech. Padały różne wypowiedzi i one świadczyły o skuteczności urządzania tak pracochłonnej imprezy. Raz jednak zaproszeni nie dali się zasugerować oglądanymi osiągnięciami i nie przyjęli do pracy ani jednego absolwenta. "Idioci, głuptasy!" wykrzykiwał Ruszczyc po ich wyjeździe* (Rozm. MŻ z J. Romazewiczem, op. cit.). Zapewnienie pracy w fabryce stanowiło oczywiście bardzo ważny krok naprzód, lecz znacznie ważniejszym było udowodnienie przez niewidomego, że potrafi dać sobie radę w przedsiębiorstwie nie gorzej od widzących kolegów. Wkrótce po rozpoczęciu pracy zaczynały się zwykle szykany ze strony lekarza zakładowego i referenta bhp, którzy potrafili nawet sparaliżować decyzję dyrektora i niekiedy doprowadzali do zwolnienia już zatrudnionego niewidomego. Wynikało to z obawy przed odpowiedzialnością w razie wypadku, tym bardziej, że nie istniał i do dziś dnia nie został opracowany zbiór przepisów określających warunki pracy inwalidów wzroku. W fabrykach absolwenci przeżywali zarówno sukcesy, jak i porażki. Przytoczę tu kilka przykładów. W Zakładach Telekomunikacyjnych T-17 w Rembertowie udało się Ruszczycowi nakłonić dyrekcję do ustanowienia dla niewidomych osobnego brygadzisty, natomiast on sam przeszkolił dla nich ustawiacza. Zatrudniony tam i nieraz już wspominany jednoręczny absolwent, Bolesław Ociopa, obsługując obrabiarkę opracował wniosek racjonalizatorski. Przy pomocy skromnego przyrządu trzykrotnie przyśpieszył produkcję, co wywołało wielkie wrażenie w całym jego otoczeniu. Ociopę ogłoszono racjonalizatorem i nagrodzono, pozwalając przez 3 miesiące pracować z pomocą nowego przyrządu przy nie zmienionej stawce godzinowej. Zwiększyło to trzykrotnie jego pobory. Dyrekcja Fabryki Aparatów Fotograficznych stwarzała początkowo duże trudności w stosunku do niewidomych. Ruszczyc skierował tam kilku najbardziej odpowiedzialnych absolwentów. Ich wydajna i dobra praca wzbudziła podziw załogi. Gdy w jakiś czas po ich przyjęciu Ruszczyc udał się tam osobiście, dyrektor przywitał go, jak relacjonuje Romazewicz, słowami: "Proszę panów, ja nie wiem, jak mam dziękować za to, że prawie zmusiliście mnie do zatrudnienia niewidomych. Przecież ja dzięki nim wychowałem załogę fabryki. Ludzie nasi zupełnie się zmienili. Obijali się, kombinowali, szukali zwolnień, lekceważyli pracę, jak tylko mogli. Zobaczyli niewidomych, jak biorą się do roboty, jak starają się, jak im zależy na wyniku. Załoga dopiero wtedy zobaczyła, jak się pracuje (...). Moje panie poczuły się matkami: - "Może przynieść, może pomóc, może doradzić. Wspaniali wychowawcy!" - zakończył* (Ibidem.). Również w fabryce wyrobów optycznych, a także w paru innych zakładach przemysłowych poza Warszawą pracowali niewidomi. Ruszczyc był niewyczerpany w pomysłach. Jeździł do fabryki zegarków w Błoniu, szukał miejsc pracy w fabryce narzędzi lekarskich lub maszyn do pisania w Radomiu i nieraz znajdował stanowisko choćby dla jednego dawnego ucznia. Dzięki jego wytrwałości w państwowych zakładach zostało zatrudnionych ogółem 38 absolwentów. Niestety, sukces ten był krótkotrwały, a główną przyczyną okazał się brak uświadomienia społecznego środowisk przemysłowych. W fabrykach spotykało się często dwie postawy świadczące o braku zrozumienia zarówno przez średnią kadrę, jak i szeregowych pracowników. Ile razy zmieniał się profil elementów produkowanych przez niewidomego i zachodziła konieczność wykonania nowego oprzyrządowania, nie zadawano sobie z tym trudu. Zostawiano delikwenta całymi tygodniami bez pracy, nie starając się wymyślić zastępczego zajęcia. Pobory za to wypłacano normalnie. Wynikała stąd przykra i upokarzająca sytuacja, nikogo to jednak nie bolało. Podobne fakty zdarzały się nawet w przypadkach najlepiej pracujących niewidomych. Inną krzywdzącą formą postępowania było wyzyskiwanie inwalidy wzroku przez kolegów. Po upływie pierwszego okresu podziwu i zaciekawienia współpracownicy zaczynali nadużywać jego ograniczonej zaradności. Doprowadzali do ustawienia go na początku taśmy produkcyjnej, skąd ani na chwilę nie mógł się oderwać. Nie znajdował nawet czasu na zapalenie papierosa. Niewidomi na ogół bez skargi przyjmowali swój los, lecz na dalszą metę stawał się on trudny do zniesienia. W czasie niedzielnych wizyt zwierzali się Ruszczycowi ze swych przeżyć i opisywali stosunki panujące w fabrykach. Coraz częściej któryś z nich opuszczał swój zakład, by przenieść się do spółdzielni, gdzie otrzymywał zakordowaną pracę, większe zyski i świadczenia socjalne takie, jak lektoraty lub zorganizowane wczasy. Bolało to bardzo Ruszczyca, gdyż praca w spółdzielniach nie łączyła się ani z wysiłkiem intelektualnym, ani realizowaniem ambicji dorównania widzącym kolegom. Osobiście pamiętam, jak w końcu lat 60-tych zastałem go raz w stanie wielkiego przygnębienia. Otrzymał właśnie wiadomość o wycofaniu się z fabryki zdolnego ucznia, z którym wiązał duże nadzieje. "Cała szkoła zawodowa nie ma sensu - mówił - a kształcenie uczniów, w które wkładamy tyle wysiłku, mija się z celem. Przecież spółdzielnie potrafią w ciągu 3 miesięcy wystarczająco przeszkolić niewidomego, by wykonywał poprawnie te proste czynności, które się tam stosuje. Uczeń, który w fabryce obsługiwał tokarkę rewolwerową, teraz wyciska w spółdzielni pluskiewki na małej prasie ręcznej. Zarabia przy tym o 1000 zł więcej niż przy poprzedniej wykwalifikowanej pracy. Czy nie byłoby prościej - kończył z goryczą - abyśmy każdemu z wychowanków dali do ręki 50 tys. złotych - taki był wówczas koszt 3-letniej nauki w Szkole Zawodowej. - Przynajmniej mieliby za to mieszkanie i mogliby spokojnie pracować w spółdzielni. Po co my sobie tyle trudu zadajemy? Po co tyle kłopotów?" Słowa te wypowiedział z żalem pod wrażeniem chwili. W rzeczywistości, mimo przechodzenia absolwentów z pracy wymagającej myślenia do mechanicznej i niemal bezmyślnej, laskowska Szkoła Zawodowa miała swój sens. Rozwijała całego człowieka, uczyła logicznego i praktycznego myślenia, wyrabiała zdrową ambicję, tak w życiu potrzebną. W historii wielką rolę odgrywa zawsze prawo wahadła. Tendencje ludzi idą raz w jednym, raz w drugim kierunku. Podobnie stało się z pracą absolwentów w fabrykach. Po okresie recesji nastąpił zwrot ku zatrudnieniu w przemyśle. Spółdzielnie stopniowo obniżały płace, natomiast wśród uczniów znalazły się jednostki pragnące wykazać swe możliwości w środowisku ludzi widzących. W Zakładach im. Waryńskiego w latach 70-tych znów znaleźli się laskowscy uczniowie i liczba ich doszła do kilkunastu.
Organizator pierwszych obozów wędrownych i turystyki
W niektórych dziedzinach Ruszczyc wykazywał tak wiele inicjatywy, że przejmował mimo woli zadania należne szkole. Ponieważ imprezy przez niego organizowane, w tym wypadku wycieczki - udawały się znakomicie, więc nikt nie wysuwał zastrzeżeń. Tym bardziej, że Ruszczyc miał własne chody i przyjaciół, od których umiał zdobywać cenne autokary. Warunkiem jednak urządzenia wycieczki był udział w niej chłopców, bo dla dziewcząt Ruszczyc nie byłby podejmował takiego trudu. Przywiązywał dużą wagę do zwiedzania w ogóle, idąc w tym zapewne w ślady Matki Czackiej. Charakterystycznym jego dążeniem było szukanie w pierwszym rzędzie celów wychowawczych obok czysto poznawczych. Tematy wycieczek ustalały szkoły: Podstawowa i Zawodowa, lecz Ruszczyc uczestniczył w planowaniu tematów dla poszczególnych grup wiekowych. Z wątkiem zasadniczym, n.p. obejrzeniem jakiegoś obiektu historycznego, łączył inne, podrzędne, również kształcące i interesujące młodzież. Jadąc do jakiegoś miasta, należało zatrzymać się i zwiedzić warsztat rzeźbiarski lub ceramiczny, stadninę koni, zimowisko zwierząt cyrkowych itp. Ruszczyc najpierw sam zwiedzał daną miejscowość i dopiero po powrocie ustalał plan wycieczki. Nie zapominał przy tym o restauracji, barze lub kawiarni, kładąc nacisk na oswojenie młodzieży z tego rodzaju lokalami i nauczenie jej właściwego zachowania. W szczegółowym obmyślaniu wycieczki, nawet takiej, w której nie brał udziału, znajdował ujście dla swojej pomysłowości i potrzeby przeżywania czegoś nowego. Zachował się spis 17 instytucji, do których pan Henryk zwracał się z prośbą o autokary. Nakładało to na jego sekretariat ciężar ogromnej korespondencji, a jego samego kosztowało wiele uprzednich wizyt i rozmów telefonicznych. W ten sposób w latach 1960-1971 zorganizował 63 wycieczki nieodpłatne lub po obniżonej cenie* (Patrz: M. Dmochowska, op. cit.). Przygotowanie wycieczki zaczynało się od spraw organizacyjnych. Wyznaczony na kierownika wychowawca - z reguły ktoś bardzo zaradny - musiał przedłożyć plan z podaniem liczby uczniów, nazwisk wychowawców i ilości przewodników. Na 5 uczniów przypadał 1 przewodnik. Znalezienie tylu kompetentnych osób w dzień powszedni sprawiało wiele kłopotu. Kierownik wycieczki odpowiadał za zaznajomienie całej grupy z celem wycieczki i dostarczenie niezbędnych wiadomości o zwiedzanym obiekcie. Za podstawę służył zawsze "Przewodnik Turystyczno-Krajoznawczy". W czasie przejazdu kierownik winien był informować jadących o kierunku trasy i mijanych obiektach. Musiał siedzieć w samym tyle autokaru i mieć na oku wszystkich jadących. Powinien był pamiętać o zabraniu akordeonu i dbać, by było dużo śpiewu w czasie drogi* (Ibidem.). Na ogół Ruszczyc nie popierał jazdy autokarami i jeśli wycieczka planowana była do Warszawy, chciał, by korzystano wyłącznie z komunikacji miejskiej. Uważał, że chłopcy muszą przyzwyczajać się zawczasu do niewygód i przykrości związanych z podróżowaniem. Chciał, by uczyli się znosić z humorem nietaktowne odezwania się pasażerów. Było to pokłosie jego rozmów z absolwentami, którzy nie taili przeżywanych podczas dojazdów do pracy przykrości i otwarcie mówili, ile ich to psychicznie kosztuje. W doborze wycieczek pan Henryk kierował się założeniem, że niewidomi powinni poznawać wszystko, o czym słyszą w radiu, co dzieje się w ich ojczyźnie, a zwłaszcza w stolicy. Wyjeżdżano więc do będącego jeszcze w budowie Pałacu Kultury, podobnie jak na Stadion 10-lecia, Trasę W-Z, Dworzec Centralny, a nawet do Muzeum Lenina. Celem innych wycieczek było zwiedzanie kiermaszu książki, "Wesołego Miasteczka", Dworca Lotniczego lub uczestnictwo w pokazach strażackich, nie mówiąc już o nieodłącznych wizytach w ZOO. Starsi zwiedzali warszawskie muzea, lecz również fabryki mebli, wybrane spółdzielnie pracy, drukarnię brajla w Polskim Związku Niewidomych itd. Ruszczyc bardzo dbał o dokładne określenie godzin wyjazdu i powrotu. Polecał, by na rozstajach dróg w Laskach ktoś czekał na nadjeżdżający autokar i pilotował kierowcę aż do Zakładu. Troszczył się o wszelkie szczegóły, np. o to, by kierowca otrzymał od Zakładu "honorowe" wynagrodzenie, śniadanie po przyjeździe, kolację po powrocie i obiad razem ze wszystkimi. Sam zawsze witał powracających i czuwał nad tym, by dostali gorący posiłek* (Ibidem.).
Kolonie letnie
W 1946 r. Towarzystwo uzyskało we wsi Sobieszewo na Wyspie Sobieszewskiej pod Gdańskiem poniemiecką posiadłość o powierzchni 70?7:ha, z domem mieszkalnym i zabudowaniami gospodarskimi. Postanowiono uczynić z niej ośrodek rehabilitacji i wczasów letnich dla dzieci i osób dorosłych z laskowskiego personelu. Pierwsze kolonie letnie urządzono w 1947 r. w dwóch turnusach: jednym w lipcu, drugim w sierpniu, osobno dla dziewcząt i osobno dla chłopców. Taki system utrzymał się aż do 1956 r., kiedy to zaczęto organizować kolonie tylko w jednym turnusie, co drugi rok dla chłopców i podobnie dla dziewcząt, w końcu także dla chłopców ze Szkoły Specjalnej. Organizacją zajmował się Zarząd Towarzystwa, przede wszystkim Zofia Morawska. W Sobieszewie spędzał zwykle lato Antoni Marylski i czuwał nad ładem na kolonii, Ruszczyc więc nie musiał we wszystko wglądać. Odkąd jednak w 1948 r. powrócił do pracy w Laskach, interesował się wszystkim, co dotyczyło internatu chłopców. Nie był w zasadzie zwolennikiem wyjazdów nad morze. Ze względów zdrowotnych dopuszczał celowość wysyłania tam młodszych dzieci, lecz gdy chodziło o starsze, miał własne zdanie. Uważał, że wylegiwanie się na plaży rozleniwia i nie przynosi pożytku ani dla ciała, ani dla duszy. Do nauki pływania nie było w Sobieszewie dobrych warunków, pozostawało więc tylko wiosłowanie na starej, ciężkiej łodzi, lecz mogli z tego korzystać tylko starsi chłopcy. Jedynie wycieczki niosły ze sobą wartości kształceniowe i rewalidacyjne. Zwiedzano Gdańsk, Katedrę Oliwską, Frombork, port w Gdyni lub Krynicę Morską. To wszystko nie wytrzymywało jednak porównania z pobytem w górach. Tam każdy dalszy spacer łączył się z wysiłkiem, a poznawanie regionu i kontakt z ludnością Podkarpacia wzbogacały pojęcia o świecie. Lata powojenne cechował we wszystkich dziedzinach wzrost biurokracji, również w szkolnictwie. Za niewielkie nawet potknięcie grożono prokuratorem. Wycieczki, a zwłaszcza kąpiel w morzu, łączyły się zawsze z możliwością wypadku i trzeba się było przed tym zabezpieczyć. Zespół wychowawców na koloniach składał się najczęściej z ludzi nie należycie obznajomionych ze sprawą niewidomych. W związku z tym pan Henryk opracował kilka instrukcji, bardzo przydatnych do określenia odpowiedzialności wychowawców. Instrukcje te powstawały w miarę potrzeb, pierwsza w 1950 r., ostatnia na rok przed śmiercią. Była co parę lat uzupełniana i ponownie redagowana. Przykładowo wymienię: "Plan wychowawczy dla kolonii" (1950 r.), "Instrukcja dla kolonii chłopców" (1954 r.), "Instrukcja dla wychowawców w czasie kolonii" (1954 r.), "Zeszyt zajęć wychowawcy" (1951 r.), "Instrukcja kąpieli w morzu" (bez daty), "Plan dnia kolonijnego" (1956 r.), "Podział czynności personelu na koloniach" (1970 r.). Ponieważ Ruszczyc dbał zawsze o porządną dokumentację, więc do teczki zawierającej zbiór materiałów odnoszących się do kolonii z jednego roku dołączano w kolejnych latach dalsze: "Zawiadomienie rodziców o powrocie dzieci" (1952 r.), "Zgodę rodziców na wyjazd dzieci" (1956 r.), "Zgodę władz na prowadzenie kolonii", "Prośbę o zniżkę kolejową na wyjazd"* (Ibidem.). O zniżkę tę , jak i o rezerwację wagonu, trzeba było starać się już wczesną wiosną. Celowo przytaczam te wiele mówiące o osobowości Ruszczyca szczegóły. W swoim otoczeniu uchodził za zdolnego improwizatora, dokładność w załatwianiu spraw wyrobił sobie prawdopodobnie w zetknięciu z Matką Czacką, która mówiła, że "lubię papierki, o ile jest w nich porządek" i przestrzegała ładu we wszystkim. Ruszczyc mógł służyć za przykład w opracowywaniu instrukcji i regulaminów. Praca ucznia warsztatowego lub praktykanta na kursie wakacyjnym też były ujęte w jasno określone przepisy. Nikt w Laskach nie mógł się pod tym względem równać z panem Henrykiem.
Obozy wędrowne i SKKT
Z początkiem lata 1961 r. zaczął marzyć się Ruszczycowi projekt wysłania dwóch wychowanków na męski obóz wędrowny młodzieży Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie. Dwaj w tym celu wybrani chłopcy odznaczali się zaradnością i posiadali znaczne resztki wzroku, co ułatwiało im wywiązanie się z trudnego zadania. Pan Henryk wezwał jednego z nich, Edwarda Tarkowskiego, i wręczył mu list z poleceniem doręczenia Franciszkowi Nowakowskiemu, prowadzącemu właśnie obóz KIK-u w Powsinie koło Wilanowa. Rzucił mu: "Masz tu, Edziu, list, to jest za Wilanowem, musisz ich sobie odnaleźć". W liście było zaproszenie pana Nowakowskiego na rozmowę do Lasek, wysłanie zaś wychowanka z trudną misją miało pokazać, do czego jest zdolny dobrze zrehabilitowany niewidomy. Tarkowski świetnie spełnił oczekiwanie, a rezultatem tego była zgoda przyszłego kierownika obozu na zabranie obu niewidomych w Bory Tucholskie. Podczas kilkudniowych wędrówek chłopcy spisali się znakomicie* (Rozm. MŻ z E. Tarkowskim, op. cit.). W następnym roku wybrano Tarkowskiego prezesem nowo założonego w Zakładzie Koła Turystyczno-Krajoznawczego, SKKT. Koła takie powstawały wówczas w szkołach i Ruszczyc dostrzegał w nich duże wartości wychowawcze: wyrobienie tężyzny fizycznej, rozszerzenie zainteresowań, pogłębienie znajomości historii i przyrody, a nawet zdobywanie ogłady towarzyskiej przez kontakt z widzącą młodzieżą. Planował nawiązanie bliższej współpracy z kołami SKKT w Technikum Chemicznym w Piastowie oraz Liceum im. Żmichowskiej w Warszawie. Wycieczki piesze w ciągu roku miały dać zaprawę do obozów wędrownych podczas letnich wakacji. Nie chcąc rozpoczynać akcji nie dość przemyślanej, Ruszczyc zwrócił się do opiekuna SKKT w Piastowie, prof. Kaczmarka, zapraszając go razem z wszystkimi członkami koła do Lasek na spotkanie z niewidomą młodzieżą. Poświęcił przy tym 3/4 strony listu na opisanie psychologicznych postaw dziewcząt i chłopców niewidomych. Spotkanie nastąpiło we wrześniu 1962 r. Przykład młodzieży z Piastowa korzystnie podziałał na młodzież laskowską, toteż w początku listopada tegoż roku doszło do zebrania założycielskiego laskowskiego SKKT. Kandydatów zgłosiło się 47, opiekunem został wychowawca, Ryszard Suski. Utworzono trzy sekcje: etnograficzną, ochrony przyrody i wycieczkową, a jako główny cel przyjęto wszechstronne poznawanie regionu Puszczy Kampinoskiej. Opracowano dokładny plan pracy, nie zapominając o rozrywkach takich, jak kulig w puszczy lub wycieczki autokarem w dalsze okolice kraju. Wobec pustki w kasie postanowiono zorganizować zbiórkę złomu, zbieranie butelek i urządzanie imprez artystycznych. Rejestracja tej organizacji w Kuratorium uprawniała do zniżek na kolejach i w schroniskach. Jak wspomniałem, jednym z celów nowej organizacji było utrzymywanie kontaktów z Kołami SKKT w najbliższej okolicy. Zgodnie z założeniami zaproszono na zabawę w Zakładzie dziewczęta z Technikum Chemicznego w Piastowie, następnie z Liceum im. Żmichowskiej w Warszawie. Spotkania z widzącymi dziewczętami natrafiały z początku na pewne trudności, miały jednak za cel ośmielenie chłopców i wzbogacenie ich o nowe znajomości. Ruszczyc kładł duży nacisk na staranne przygotowanie podobnych imprez. Oprócz zwiedzania szkoły i warsztatów przewidziane były gry towarzyskie wymagające zmysłu humoru i wysiłku umysłowego. Na tańce nie pozwalał poświęcać więcej niż 1/4 część czasu. Widzące dziewczęta nie od razu zorientowały się, że to one muszą pierwsze zapraszać chłopców do tańca. Tylko niewielu chłopców z resztkami wzroku mogło podejść i samemu poprosić pannę. Pierwsze lody zostały jednak przełamane i dalsze spotkania udawały się coraz lepiej. Obie szkoły rewanżowały się, zapraszając Laskowiaków na walne zebrania swoich SKKT lub na zabawy karnawałowe* (Ibidem.). W ciągu licznych wycieczek członkowie Koła poznawali teren Puszczy, jej muzeum, groby powstańcze z 1863 r., mogiły poległych w czasie walk Armii "Poznań" w 1939 r. i uczestników Grupy Kampinos w 1944 r. Zorganizowana zgaduj-zgadula na temat Kampinosu wymagała od uczestników dobrej znajomości problemów puszczańskich. W lecie 1963 r. Ruszczyc uznał, że nadeszła pora rozpoczęcia eksperymentu z własnym obozem wędrownym. Został on zorganizowany w Pcimiu nad Czarnym Dunajcem. Mamy z niego bogatą dokumentację w postaci map, programu, korespondencji itd, zbroszurowanych w dość pokaźny tomik. Każdy z następnych obozów był w podobny sposób przygotowany i rozliczony. Zawierał szkic pola namiotowego, szkic lub mapę najbliższej okolicy i szczegółowy plan każdego dnia na cały okres dwu- lub trzytygodniowego pobytu. Podziwiać można solidną pracę przygotowawczą Ruszczyca. Na dwa tygodnie przed wyjazdem odbywało się u niego zebranie z personelem. Do spisu uczestników dołączano wykaz sprzętu, kosztorys wydatków, omawiano sprawy organizacyjne. Ruszczyc był już wówczas zbyt słaby, by osobiście odwiedzać obozy, wyręczał się więc odpowiedzialnymi wychowawcami. Zależało mu na tym, by w obozie był kapelan, najlepiej młody katecheta, z którym chłopcy razem budowaliby ołtarz polowy. W Pcimiu kapelanem był ks. Jerzy Dąbrowski, późniejszy biskup. Duża część uczestników brała zwykle udział w codziennej Mszy Świętej. Na obozie podobnie jak na koloniach łatwo było o wypadek lub chorobę, musiał więc być przewidziany sanitariusz lub pielęgniarka. Każdy z chłopców miał obowiązek doręczyć pisemną zgodę rodziców wraz z ich oświadczeniem, że w razie złego zachowania się syna pokryją koszty odesłania go do domu. Słuszność tego kroku potwierdziła praktyka, gdyż na każdym prawie obozie zachodziła konieczność potraktowania w ten sposób jednego lub paru uczestników. O składzie wybranych na wyjazd decydował w porozumieniu z gronem wychowawców sam Ruszczyc. Potencjalnym kandydatem mógł być każdy uczeń z dwu ostatnich klas Szkoły Podstawowej lub jednej z trzech klas Szkoły Zawodowej. Aby być wybranym, należało przez cały rok wykazywać postawę społeczną, koleżeństwo, udzielać się w pracach gospodarczych internatu i samorządu internatowego. W czasach, gdy wychowankowie i ich rodziny dysponowali na ogół skromnymi środkami finansowymi, wyjazd na obóz stanowił dużą przyjemność i równocześnie rodzaj awansu. Ruszczyc nie zaniedbywał niczego, żeby obóz dobrze się udał i nie żałował trudu, by przychylnie usposobić miejscowe władze do przyjęcia niewidomej młodzieży. W tym celu układał obszerne pisma informujące o celach obozu i rozsyłał je do wszystkich władz i instytucji położonych na danym terenie, poczynając od Powiatowej oraz Gminnej Rady Narodowej, Milicji Obywatelskiej, Straży Pożarnej, Sanepidu - aż do Gminnej Spółdzielni Wiejskiej i Gospody Ludowej. Łącznie wynosiło to około 9 listów. W przeddzień wyjazdu na pierwszy obóz Ruszczyc przekazał jej kierownikowi, Stanisławowi Wrzeszczowi, notatkę, w której prosił, by zaraz po przyjeździe zebrał na miejscu komisję złożoną z trzech wychowawców, przedstawiciela Rady Narodowej oraz milicjanta i wraz z nimi poszedł nad rzekę i ustalił miejsce kąpieli oraz najkrótszą trasę drogi z obozu do rzeki* (Ibidem). W regulaminie obozowym figurowała wzmianka, że chłopcom pod żadnym pozorem nie wolno wybierać się samym do kąpieli, a wychowawcy mogą zabierać ze sobą nie więcej niż dwóch chłopców na raz. Pismo to było wynikiem długich przemyśleń Ruszczyca, który w Laskach aż dwa razy boleśnie odczuł utonięcie wychowanka. Raz na krytym basenie w Warszawie, w 1952 r., drugi raz w małym stawku w Izabelinie. Obóz w Pcimiu udał się świetnie. Chłopcy odbywali długie marsze i zdobywali okoliczne szczyty w tempie przewyższającym normy z przewodnika turystycznego. Nawiązywali dobre stosunki z miejscową ludnością, która uczęszczała gromadnie na urządzane w obozie ogniska. Raz nawet w dniu "latowej" zabawy we wsi, ludzie woleli pójść na ognisko niż na zabawę. Gdy nadeszła wreszcie chwila wyjazdu, na stacji zjawiła się liczna grupa mieszkańców Pcimia z kwiatami, czego nikt się nie spodziewał* (Ibidem). Kontakt obozowiczów z dyrektorem zakładu dla Głuchych w Pcimiu, inż. Marianem Wójtowiczem, miał nieoczekiwane następstwa. Dyrektor przez cały okres trwania obozu starał się być pomocny w czym tylko mógł i chłopcy bardzo go polubili. Nikt wówczas nie przypuszczał, że wkrótce przybędzie on do Lasek jako kierownik internatu chłopców. Od tej pory obozy pod namiotami przyjęły się jako stała forma pracy internatu i mimo nieuniknionych niepowodzeń dawały doskonałe efekty wychowawcze zżycia się i pracy w zespole. W dalszych latach Ruszczyc zaczął kłaść nacisk na wyrobienie sportowe chłopców. Ponieważ nauczyciele wychowania fizycznego często się zmieniali i nie zawsze osiągane przez nich wyniki odpowiadały oczekiwaniom, pan Henryk próbował podnosić kondycję sportową uczniów właśnie na obozach. Nadał im nazwę "eksperymentalny obóz turystyczno-sportowy". Projekt ten jednak niezupełnie się udał. Chłopcy po całorocznym trudzie szkolnym szukali odprężenia i gotowi byli urządzać dalekie wycieczki piesze, rowerowe lub kajakowe, a nawet zdobywać kartę pływacką, lecz nie ćwiczyć lekką atletykę. Mimo obecności fachowego trenera sprzęt sportowy leżał bezużytecznie i tylko w małym stopniu udało się doprowadzić chłopców do udziału w treningach. Każdy obóz miał swój odrębny styl ze względu na osobę kierownika i skład wychowawców, gdyż ich to zamiłowania i umiejętności rzutowały na zespół. Kierownikiem pierwszego obozu w Kowarach na Śląsku był Marian Wójtowicz, na następnym jednym z wychowawców był Andrzej Hickiewicz. Prowadził chłopców po harcersku i to się im spodobało. Gdy w pewnym momencie teren obozu zaczęła dewastować grupka młodocianych chuliganów, Hickiewicz, spostrzegłszy ich przypatrujących się z daleka, zbliżył się i zaprosił na ognisko. Od tej chwili chuligani przemienili się w przyjaciół. Widząc, jak wielką rolę spełnia w życiu obozowym spędzanie czasu na wspólnych opowiadaniach i rozmowach, poprosił Ruszczyca, aby w każdym obozie był choć jeden duży namiot. W małych namiotach tworzą się grupki prowadzące oddzielne życie. W Laskach projekt Hickiewicza wywołał duży sprzeciw ze względu na wysokość wydatku. Pan Henryk, widząc znaczenie wychowawcze tego problemu, nie zawahał się pokryć wszystkich kosztów zakupu dużego namiotu wraz z odpowiednim wyposażeniem. Kilku innych wychowawców, przede wszystkim Jan Krakowiak, Janusz Strojny lub pełen ofiarności Marian Wójtowicz, również umieli stwarzać atmosferę, która pozostawiała niezatarte wspomnienia. Ruszczyc nie mógł osobiście uczestniczyć w tych imprezach, lecz wymagał od kierowników informowania go na bieżąco o wszystkim, co dzieje się na obozie (musieli pisywać najrzadziej co 3 dni). Po powrocie wysłuchiwał z zainteresowaniem relacji personelu i chłopców, przeglądał dokumentację fotograficzną* (Rozm. MŻ z Andrzejem Hickiewiczem. Masz. 1985. AMŻ-4.). Wciąż nurtowała go myśl urządzania wspólnych obozów dla niewidomych z widzącymi. Skoro powiódł się pierwszy eksperyment włączenia chłopców do obozu KIK-u, to i następne mogły dać dobre rezultaty. Z tą myślą aż cztery razy podejmował próby łączenia obozów KIK-u z grupą wychowanków z Lasek. Eksperyment ten miał swoją historię o jasnych, lecz i mocno szarych kartach, tak że w końcu pan Henryk zrezygnował z dalszych prób. Młodzieży widzącej brakowało przygotowania do partnerskiego przeżywania z niewidomymi wycieczek i biwakowania. Najpierw długo trzymała się z osobna, nie wiedząc, jak ma się właściwie zachować. Gdy okres nieśmiałości minął, występowały inne skrajne postawy: nadgorliwość albo brak dyscypliny. Pierwsza występowała głównie u dziewcząt pod postacią wyręczania niewidomych w pracach gospodarczych, zwłaszcza związanych z przygotowaniem posiłków, druga objawiała się niewstawaniem na pobudkę, spóźnianiem na zbiórki, wymigiwaniem ze zbierania opału do kuchni lub obierania jarzyn. Nadmierna opiekuńczość demobilizowała i upokarzała chłopców, brak dyscypliny gorszył. Pan Henryk chciał, by jego młodzi nabierali wprawy w samoobsłudze i stawali się niezależni, postawa widzących niweczyła wysiłki wychowawców i samych uczniów. Obozy były kosztowne. Zakład nieustannie przeżywał kryzysy finansowe, toteż na dodatkowe imprezy nie starczało pieniędzy i Ruszczyc musiał na własną rękę je zdobywać. Objeżdżał znane sobie instytucje i kwestował u dyrektorów. Zawsze jednak udawało mu się zebrać potrzebne fundusze. Nie szło to jednak łatwo. A. Hickiewicz, którego w tych razach Ruszczyc brał ze sobą, opowiada, że nieraz był świadkiem, jak jego groźny Szef z największą cierpliwością wyczekiwał godzinami w przedpokojach dyrektorów. Ze swej zbiórki dokonywał co roku zakupu i remontu sprzętu, pokrywał wysokie koszta obozu* (Ibidem.). Korzystali z tego wyłącznie chłopcy. Dziewczęta, mające dobrze postawione harcerstwo i własne akcje letnie, musiały starać się o pomoc z innych źródeł. Punktem wyjścia przy organizowaniu obozów było dążenie do poznania różnych dzielnic Polski. Toteż urządzano obozy na Podhalu (Pcim), na Śląsku (Kowary), w Żywieckiem (Rajcza), na Pojezierzu (Stężyca) i na Lubelszczyźnie (Suściec). W niektórych miejscowościach, jak np. w Pcimiu i Kowarach, urządzono obóz dwukrotnie, co jednak miało ujemne strony. Ogólnie trzeba stwierdzić, że obozy letnie to był cały nowy świat, który wiele wniósł w życie Lasek.
Część Iv. Trudne latac sześćdziesiąte
Kłopoty ze zdrowiem
W efektownej pracy pt. "Leczenie osobowości" (Medecine de la personne) szwajcarski pastor i lekarz Paul Tournier rozwinął teorię, że pewne rodzaje chronicznych chorób występują ze szczególną wyrazistością w organizmach posiadających ku temu pewne predyspozycje. Obserwacja pozwala ustalić tym sposobem charakterystyczne typy sercowców, żołądkowców, gruźlików itp. Wśród tych ostatnich Tournier zauważył znaczną liczbę ludzi o dużej impulsywności, skłonnych do podporządkowania wszystkiego jednej naczelnej idei lub zadaniu, nieraz kosztem zdrowia. Osoby te zdają się nie dostrzegać dysproporcji między swymi siłami fizycznymi czy psychicznymi a wielkością stawianych sobie zadań. Prowadzi to nieraz do wyniszczenia organizmu. W grupie tej spotyka się jednostki wybitnie szlachetne, działaczy społecznych, artystów, świętych. Sylwetka Ruszczyca dobrze mieści się w charakterystyce genewskiego lekarza. W latach dwudziestych pan Henryk oddaje się zabawie z nieumiarkowaniem, którego ślady dostrzec można w całym jego dalszym życiu. Gdy wrośnie w Dzieło Lasek i przejmie się ideą służenia niewidomym, nie będzie zważał na własne potrzeby. W Domu św. Teresy rura od kanalizacji przebiegała w głowach jego łóżka. Każdy spadek wody z Ii piętra wywoływał w niej straszny łoskot. Łóżka jednak nie postawił w odwrotnym kierunku. U wychowanków byłby to od razu zauważył i kazał zmienić, u siebie tolerował całymi latami. Wiele szczegółów na ten temat przekazali jego współpracownicy z różnych okresów życia. Prowadził niezdrowy, niszczący tryb życia. Wcale nie wychodził, nie zażywał ruchu na świeżym powietrzu, całe dnie spędzał przy biurku na załatwianiu spraw, przy czym palił masę papierosów. We wcześniejszych latach ranne wyjazdy bez śniadania, doprowadzanie się do takiego zmęczenia, że nie mógł zjeść kolacji, a potem spędzanie godzin nocnych przy czarnej kawie i w dymie papierosów to jego charakterystyczne cechy. Nieumiejętność czekania, chęć osiągnięcia wyniku za wszelką cenę, przy równocześnie nieprzeciętnych zaletach, przetrwają do końca życia. W okresie leczenia szpitalnego lub sanatoryjnego mamy, oprócz świadectw ludzi stojących z boku, wypowiedzi lekarzy specjalistów. Potwierdzają one tak silne u Ruszczyca dążenie do niezależności, do niepoddawania się osądom fachowców, chęć przeprowadzenia swojej woli za wszelką cenę. W końcu choroba jest zaleczona. Pięć lat upływa od fatalnych krwotoków: Ruszczyc powraca do pracy i częściowo odzyskuje siły. Jest pod stałą kontrolą lekarzy* (Patrz: Maria Dmochowska: "Moje wspomnienia z okresu współpracy z panem Ruszczycem w czasie od 31.09.1960 do 03.01.1973R". Masz. nie opublikowany, 1980. AHR-9, zał. 22. "Stan zdrowotny. Przebieg chorób i leczenia".). W styczniu 1955 r. doktor laryngolog, Franciszka Burska, stwierdziła: "przekrwienie gardzieli i krtani, unieruchomienie prawej połowy krtani, zgrubienie prawej strony prawdziwej. Fonacja niekompletna". Występujące krwioplucie uznała jako "pochodzenia zastoinowego". W tym samym roku, w marcu Poradnia Przeciwgruźlicza na Pasteura wydaje zaświadczenie, że "stopień ogólnej utraty zdolności do zarobkowania wynosi 90% -pacjent otrzymuje Iii grupę inwalidzką. Kalectwo ogranicza: przyjęcie pozycji pochyłej w ruchu, wykonywanie ruchów kończyn górnych, wskazana jest pozycja przy pracy siedząco-stojąca, ruchy (...) umiarkowane, należy unikać pracy w warunkach - na zewnątrz, na wzniesieniu, w wysokiej temperaturze, w pyłach, kurzu, prace połączone z wyjazdami". Zobaczymy, jak Ruszczyc będzie traktował te zalecenia, zwłaszcza ostatnie. Dr Szczepiński z Nałęczowa, dokąd Ruszczyc wyjeżdża odtąd regularnie, ordynuje w 1955 r. stałe przebywanie w łóżku. Tamtejsi lekarze stwierdzają "duszność wysiłkową, bóle w okolicy serca, pojawianie się obrzęków na kończynach dolnych", ponadto uszkodzenie mięśnia sercowego i objawy (...) niewydolności krążenia". Wypisując chorego zalecają mu wstrzymać się od pracy na okres miesiąca, pracować najwyżej 6 godzin dziennie, po południu odpoczywać, a jeden dzień w tygodniu spędzać w łóżku.* (Ibidem.) W dzień imienin tegoż roku Ruszczyc otrzymuje list z życzeniami od A. Marylskiego, który m.in. pisze: "Tylko się nie przemęczaj i jak masz gorszy dzień - rób przerwę. (...) Ty masz nerwowy tryb życia, który Ci siły zjada"* (Patrz: List A. Marylskiego z 22 lipca 1955. Korespondencja HR. AHR-6.). Ileż to razy wracał pan Ruszczyc, po całym dniu biegania po Warszawie - pisze K. Lemańczyk - do Lasek, a my byliśmy na spacerze. Czasami, gdy długo nie było go widać, sami wychodziliśmy mu na spotkanie. Pan Ruszczyc wracał nieraz tak zmęczony, że dosłownie chwiał się na nogach, nie mógł iść o własnych siłach, opierał się na nas, a my podtrzymywaliśmy go"* (Przemówienie Kazimierza Lemańczyka na apelu szkolnym wspomnieniowym 26.02.1977. Masz. AHR-8.). W tym samym czasie nasz chory informuje dr Grzegorzewską, że w Nałęczowie ułożył program prac ręcznych i przysposobienia zawodowego i ma nadzieję skończyć również instrukcję programową. Aż trudno uwierzyć, że pacjent, o którym z taką troską wyrażają się lekarze, wkłada tyle energii w opracowanie nowych programów i że wkrótce zamierza je realizować. Mało kto oprócz s. Katarzyny wiedział, jakim to działo się kosztem. Stanem zdrowia Ruszczyca interesowali się jego dawni przyjaciele spoza Lasek. Pod tym względem pełen wymowy jest krótki liścik ks. Prymasa Wyszyńskiego pisany z Komańczy 1 lipca 1956 r. "Matka Benedykta określiła Ciebie, że nie szanujesz zdrowia, wskutek czego wyglądasz starzej niż wypada na naszego rówieśnika. Ponieważ nie chcę, byś robił złą reklamę rocznikowi 1901, z którego my się wywodzimy, dlatego w imię solidarności rocznikowej proszę, byś szanował swoje zdrowie. To tyle - "iucunditatis causa"* (Patrz: Koresp. HR z kard. S. Wyszyńskim. Masz. AHR-6.). Rzeczywiście, wygląd zewnętrzny Ruszczyca zdradzał zły stan jego organizmu. Prawdopodobnie wiosną 1959 r. byłem świadkiem dyskusji grona wychowawców z Domu św. Teresy na temat wieku Ruszczyca. Większość przyznawała mu 67-68 lat. Wtrąciłem się do rozmowy mówiąc, że ma on ich tylko 58. Nie chciano mi wierzyć, mimo iż miałem rację. Około 1960 r. Ruszczyc wracał z Warszawy swym trabantem. Zima była śnieżna i we wsi Laski samochód utknął w zaspie. Kierowca zabrał się do odkopywania, ale Ruszczyc zniecierpliwił się i nie zważając na marne półbuty i głęboki śnieg puścił się pieszo do domu. Śpieszył się do swoich wychowanków. Doszedł zmęczony z przemoczonymi nogami, wywiązała się z tego ciężka grypa. Podczas konsylium jeden z lekarzy tak się wyraził: "Kto inny w takim stanie cały dzień spędzałby w fotelu nic nie robiąc i miałby do tego pełne prawo, a ten człowiek pracuje bez przerwy, jakby mu nic nie dolegało". Ruszczyc nie chciał słuchać lekarzy, mało przebywał w łóżku i nawet mając gorączkę urzędował w swoim pokoju, załatwiając przeróżne sprawy. Jego wiosenne grypy przeciągały się nieraz na długie tygodnie. Pracę zaczynał zaraz po wstaniu z łóżka, a o godzinie 9-tej wieczorem można go było jeszcze zastać zajętym. Początek lat 60-tych to wprowadzenie politechnizacji, czuwanie nad rozwojem tapicerstwa, nadzór nad nowym systemem robót ręcznych. Gdy samopoczucie było lepsze, Ruszczyc brał udział w wycieczkach Szkoły Zawodowej do fabryk, spółdzielni lub muzeów. W maju 1960 r. w liście do dr Szczepińskiego prosi o zarezerwowanie mu na letnie miesiące osobnego pokoju, nawet gdyby to musiało być połączone z pełną odpłatnością. Skarży się na nawał pracy, przemęczenie i otwarcie przyznaje: "czuję się marnie również psychicznie"* (Patrz: M. Dmochowska, op. cit.). Podobne listy znajdujemy również w następnych latach, w jego korespondencji z tymże doktorem. Widać, że miał do niego duże zaufanie. Dwa lata później, u schyłku wakacji, szczerze przyznaje się do zmęczenia, mimo że to "przecież dopiero początek roku szkolnego". Piękna jest odpowiedź dr Szczepińskiego z listopada tegoż roku: "Jest Pan niepoprawnym człowiekiem, nie dbającym o swoje zdrowie, a tego z różnych względów robić nie można. Same leki przy nadmiernej pracy i zużywaniu się, nie pomogą. Powinien Pan nie czekając lata wyjechać na krótki chociaż wypoczynek, to się naprawdę nie tylko ze względów egoistycznych opłaci. Proszę o tym pomyśleć i wykonać"* (Ibidem.). Ruszczyc upodobał sobie Nałęczów i uważał, że tam najlepiej odpoczywa. W 1963 r. otrzymał w sanatorium bardzo duszny pokój i pobyt nie bardzo się udał. Przyjaciele z Lasek wiedzieli, że na dobre samopoczucie pana Henryka większy wpływ mają czynniki psychiczne niż komfort mieszkania. Starano się więc bardziej oszczędzać go w czasie wakacji. W dniu jego imienin, 15 lipca, odwiedzało go wielu wychowanków. Zebranie w jednym rozdziale spraw związanych ze zdrowiem Ruszczyca oraz jego korespondencji z lekarzami wydało się koniecznym, by ujawnić wątki nieznane jego otoczeniu. Może to wywołać u czytelnika błędne wrażenie, że pan Henryk poświęcał wiele uwagi swemu samopoczuciu. Tymczasem było odwrotnie. O zdrowiu nie chciał z ludźmi mówić. Nawet źle się czując był ciągle czynny i wydawał się niezmordowany, a współpracownicy ledwie zauważali pogorszenie jego zdrowia. Na szczęście czuwał nad tym Zarząd. Pobyt w sanatorium tylko pozornie uwalniał pana Henryka od laskowskich kłopotów. Zresztą wymagał on informacji co trzy dni o wszystkim, co dzieje się w Laskach, a także przywożenia listów do podpisu. Maria Morawska zajmująca się zaopatrzeniem Warsztatów, przesyłała regularnie raporty finansowe z ich działalności. Swoje listy zaczynała od słów: "Drogiemu Dyrektorowi, nie umiejącemu odpoczywać, melduję", a kończyła: "Proszę odpoczywać, nie myśleć o Laskach"* (Koresp. HR z M. Morawską. Masz. AHR-6.). Sprawozdania pisała w telegraficznym stylu i starała się nie poruszać trudnych problemów. Podobnie czyniła inna bliska współpracownica, Hanna Welmanowa, która dostarczała najświeższych wiadomości o absolwentach. Mimo to suma informacji o Zakładzie była stale duża, zapewne zbyt obciążająca człowieka zmęczonego całoroczną pracą. W lecie 1965 r. rozpoczęły się w Laskach nieżyczliwe wizyty kolejno nasyłanych komisji, które chciały wytropić nieprawidłowości w prowadzeniu księgowości. Nastawienie urzędników było nieprzyjazne. Sprawa nabrała szerszego rozgłosu. Ks. Prymas Wyszyński, przebywający wówczas w Rzymie, wysłał depeszę z zapytaniem, czy wciąż jeszcze trwa wizytacja. Wiedział, że depesza dotrze do najwyższych władz i w ten sposób chciał pomóc Laskom. Ruszczyc w tym właśnie roku czuł się gorzej, miał bardzo podniesione ciśnienie. Nie wiemy, z jakich powodów zamiast do służącego mu dotychczas Nałęczowa, wyjechał do Ciechocinka. Wypomniał mu to w liście A. Marylski jako nieostrożność: "Musisz jasno sobie powiedzieć, że nie masz zdrowia i musisz słuchać się lekarza. Jeśli trzeba, wyjedź jeszcze na lipiec i sierpień"* (Koresp. z A. Marylskim. op. cit.). List jednak kończył uwagą, że wobec złych perspektyw ekonomicznych, nie można znikąd oczekiwać dodatkowych pieniędzy i trzeba rozsądnie robić oszczędności dla wszystkich placówek. Ruszczyc cierpiał na bezsenność. Skarżył się na nią doktorom także i w następnym roku, gdy raz jeszcze zmieniał miejsce wypoczynku, tym razem na Świnoujście. Odtąd będzie się stale trzymał tej miejscowości. Przeniesienie pana Henryka z Domu Chłopców do infirmerii w 1965 r. wywołało duży wstrząs w jego trybie życia. Do internatu odwoził go samochód między godziną 8 a 9 rano. Przed wyjazdem Ruszczyc odbywał w biurze narady z Zofią Morawską, zaglądał do blisko położonej dziewiarni. Do Warszawy jeździł coraz rzadziej. W oczach osób pamiętających te czasy utrwalił się obraz pana Henryka przyjeżdżającego z rana pod Dom św. Teresy. Wchodził po schodach na pierwsze piętro, często przystając dla złapania tchu. W gabinecie odpoczywał chwilę w milczeniu, czekając aż s. Felicyta przyniesie śniadanie. Składało się ono z filiżanki mocnej kawy i kilku maciupeńkich, okrojonych ze skórki tartynek. Ruszczyc chciwie wypijał kawę, ledwie tykał kanapek i jeśli kto na niego czekał, zaraz przystępował do rozmowy. Postępujący proces sklerozy utrudniał mu dobór słów, zwłaszcza zapamiętanie nazwisk, toteż był wdzięczny, gdy rozmówca go w tym wyręczał. Mówił ochrypłym głosem, z coraz większym trudem, coraz częściej też miewał napady kaszlu, które pochodziły z niedomagań serca. Wtedy krztusił się i dusił, twarz mu siniała, oczy nabiegały krwią. Patrzącemu zdawało się, że pan Henryk ataku nie przetrzyma. W końcu kaszel ustępował, a Ruszczyc rozpogodzony uśmiechał się do gościa jak gdyby nic nie zaszło i wracał do omawianego tematu. Często też sięgał po butelkę z jakimś ciemnym płynem i pił z niej długimi haustami. Zażywał niekiedy krople zwane "potrójnymi", będące mieszaniną kropli walerianowych z innymi. Były to leki uspokajające, lecz jako kontrastujące z czarną kawą mogły powodować zaburzenia w organizmie. W Infirmerii siostry czuwały nad ograniczeniem palenia, na co wielki nacisk kładli lekarze. Pilnowały, by pan Henryk nie brał nadmiernej ilości proszków przeciwbólowych, co zwykł był czynić. Nie na wiele to się zdawało. Ranek schodził mu pracowicie na rozmowach lub zebraniach z "Warsztatowcami". Ilość osób, z którymi się stale kontaktował, wynosiła 8-10 dziennie, a nie były to towarzyskie spotkania. Koło godz. 11-tej przynoszono mu pocztę, czytał ją i zaraz dyktował odpowiedzi. Gdy nie zdążył wszystkiego załatwić do godziny pierwszej, wracał jeszcze po południu. Często jednak czuł się tak słaby, że już o 12-tej prosił o samochód do Infirmerii. W listopadzie 1968 r. przestał kierować Warsztatami, zatrzymując tylko sprawy szkolenia. Wpłynęło to zasadniczo na zmniejszenie liczby interesantów. Całymi godzinami przebywał sam w gabinecie, co z kolei nie wpływało dobrze na jego samopoczucie. Brakowało mu napięć, jakie dawała odpowiedzialność i załatwianie trudnych spraw. Stanowiły dla niego niezbędną do życia podnietę. Bolał też nad tym, że stracił bezpośredni kontakt z chłopcami. Już nie znał ich jak kiedyś i zdany był w ich sprawach na relację osób trzecich. W pewnym momencie opadanie z sił pana Henryka stało się widoczne dla każdego. Gdy w maju 1970 r. wybraliśmy się samochodem do Lublina, Ruszczyc po zwiedzeniu spółdzielni i domu dla przewlekle chorych tak zasłabł, że nie mógł zjeść obiadu, popołudnie przeleżał w łóżku, a nazajutrz z rana kazał jechać prosto do Lasek. W mieszkaniu w Infirmerii inż. Wróblewski zainstalował dyktafon prosząc Ruszczyca, by zechciał nagrywać wypracowane przez siebie zasady wychowania i szkolenia niewidomych, lecz nic z tego nie wyszło. Pan Henryk po pierwszych próbach zrezygnował. Pogarszający się stan gardła utrudniał mu mowę, poza tym nie pociągało go mówienie do aparatu. Zwierzał się komuś, że bez kontaktu z młodzieżą nie potrafi wykrzesać z siebie żadnych twórczych myśli ani znajdować rozwiązań problemów wychowawczych, które kiedyś cisnęły mu się do głowy* (Rozm. MŻ z Ewą Bendych. Rękop. 1986. AMŻ-4.). Podczas zebrań Zarządu, które odbywały się teraz w jego pokoju, prawie się nie odzywał. Jedynym weselszym akcentem w szarzyźnie ostatnich lat życia była jego przyjaźń z Zygmuntem Serafinowiczem. Przy nim odzyskiwał werwę i humor, obaj panowie płatali sobie nieustannie różne figle. Toteż nieoczekiwana śmierć najbliższego przyjaciela w listopadzie 1971 r. spowodowała u pana Henryka prawdziwe załamanie. Zawsze spodziewał się, że to on pierwszy umrze, nie mógł przeboleć, że został sam. Ostatni rok życia przebył w wielkiej samotności, mało kontaktując się z otoczeniem. Dla kogoś żyjącego przez kilkadziesiąt lat ciągłym projektowaniem, tworzeniem i działaniem, przymusowa bezczynność w ostatnim roku życia musiała być ciężkim doświadczeniem. Z każdym dniem ubywało mu sił, mówienie męczyło, serce dawało się we znaki, w nocy nie zasypiał bez zażycia proszków. Po śmierci najbliższego przyjaciela, Zygmunta, nie szukał kontaktów z ludźmi. Stał się milczący i smutny. W niektóre dni wzywał sekretarkę i dyktował listy. Były to przeważnie pisma do znanych instytucji, wyjaśniające cel i wartości rewalidacji, z prośbą o dotację na akcję letnią. Od czasu do czasu załatwiał sprawy zatrudnienia absolwentów. Dawni przyjaciele i znajomi, wiedząc o chorobie pana Henryka, tym bardziej starali się uwzględniać jego prośby. Podania często otrzymywały dekretację: "Pan Ruszczyc, trzeba zrobić"* (Patrz: M. Dmochowska, op. cit.). Ostatnie listy dyktował na pół roku przed śmiercią. Ożywiał się chwilami, gdy spotykał w Infirmerii małych niewidomych chłopców. Przynosił im soki i kompoty, którymi siostry go obdarowywały. Żartował, gdy odwiedzali go dawni wychowankowie, witał ich swym zwykłym: "Ho, ho, ho!" i rozpogadzał się na moment. Dłuższe wizyty bardzo go męczyły. Przed drzwiami jego pokoju dyżurowały na zmianę: rodzona siostra Janina i Maria Dmochowska. Czuwały, by nie wszedł jakiś nie zapowiedziany gość. W ostatnich miesiącach pan Henryk nie mógł już przyjmować żadnych wizyt i prawie nie podnosił się z pościeli. Codziennie odmawiał różaniec, prosił, by siostry zawiesiły mu krzyż naprzeciwko łóżka, by mógł nań patrzeć. W drugi dzień Bożego Narodzenia 1972 r. przyjął oleje święte, po czym nastąpiła znaczna poprawa. W kilka dni po Nowym Roku dano znać, że napłynęło wiele listów z życzeniami. Prosił, by mu je przeczytać. Trzeciego stycznia z rana zajęty był jeszcze odczytywaniem korespondencji. Po obiedzie poczuł się gorzej. Nastąpił gwałtowny atak kaszlu, krwotok i w ciągu kilku minut Ruszczyc przeniósł się do wieczności. Z pogrzebem zaczekano na powrót uczniów z ferii świątecznych, toteż odbył się on dopiero 8 stycznia. Trumnę ze zwłokami wniesiono do sali na piętrze Domu św. Teresy i tam nastąpiło pożegnanie Ruszczyca z jego ukochanymi chłopcami. Mszę św. pogrzebową celebrował ks. Tadeusz Fedorowicz w Centralnej Kaplicy Zakładu. W czasie homilii podkreślił szacunek, jaki Zmarły miał dla pracy. Do końca życia był dumny ze świadectw wystawionych mu przez pierwszych pracodawców. Na cmentarzu trumnę nieśli pracownicy Warsztatów, a następnie absolwenci Szkoły Zawodowej. Żegnali swego wychowawcę niewidomi uczniowie, absolwenci i przedstawiciele PZN, władz, instytucji. Zjazd był tak wielki, że zakładowy cmentarz nie mógł wszystkich pomieścić. Ruszczyc został pochowany obok grobu najbliższego przyjaciela, Zygmunta Serafinowicza. Tego samego dnia zebrali się współpracownicy i byli wychowankowie, dla których Ruszczyc był kimś specjalnie bliskim i postanowili zawiązać Komitet ku uczczeniu jego pamięci. Włączył się w tę sprawę Zarząd Towarzystwa i zlecił Komitetowi trzy zadania: opracowanie biografii Ruszczyca, utrwalenie jego twórczych inicjatyw oraz wybudowanie jakiegoś trwałego pomnika. Członkowie Komitetu opracowali z czasem książkę pt. "Henryk Ruszczyc we wspomnieniach", którą odbito na kserografie w 25 egzemplarzach oraz nagrano na taśmę magnetofonową. Zwięzłą biografię Ruszczyca opracował w kilka lat później Krzysztof Morawski, brat Zofii, skarbnika Zarządu Towarzystwa, a wydał ją nieco skróconą w "Ludziach Lasek" Tadeusz Mazowiecki w 1987 r. Równocześnie zaczęto zbierać pieniądze na trwały pomnik, którym stał się w kilka lat potem: Dom Przyjaciół Niewidomych* (Ibidem.). Podstawowy fundusz do rozpoczęcia budowy zebrali absolwenci Lasek, a budynek ukończono w 1978 r., z pieniędzy wyasygnowanych przez Zarząd Towarzystwa. W pamięci niewidomych oraz w świecie ludzi pracujących dla ich dobra Henryk Ruszczyc pozostanie przykładem człowieka, który wszystkie siły oddał na służbę drugim.
Znów eksperymenty...
Powodzenie Warsztatów drzewno-metalowych i tkacko-dziewiarskich zachęciło Ruszczyca do podejmowania dalszych prób. Miał żywo w pamięci zakłady dla inwalidów wojennych w Anglii z całym bogactwem urządzeń pozwalających na naukę różnych zawodów. Już wtenczas marzył o stworzeniu podobnego ośrodka w Polsce. Anglia jednak dysponowała ogromnymi możliwościami pieniężnymi na wyposażenie warsztatów i zatrudnienie fachowych instruktorów lub wychowawców. O tym wszystkim w Polsce nie można było marzyć. Pan Henryk nie lubił czekać i gdy raz coś postanowił - działał, nadrabiając braki finansowe pomysłowością i energią. Chciał osiągnąć zawsze ten sam cel - znaleźć zatrudnienie dla stale wzrastającej liczby absolwentów Lasek. Pragnął, by mogli wybierać pracę zależnie od zamiłowań i zdolności. Należało więc rozszerzyć wachlarz kierunków szkolenia. Tymczasem Laski w latach 60-tych musiały zlikwidować dwa dobrze prosperujące działy: tkactwa i dziewiarstwa, natomiast żaden spośród trzech podjętych w tym czasie eksperymentów nie zapewnił nowych miejsc pracy. Mimo to pan Henryk nie załamywał się i likwidując jakiś dział, myślał już o organizowaniu następnego. Nie miał zwyczaju żalić się lub szukać winnych. Niektóre jego idee zrealizowano dopiero po jego śmierci, osiągając nieoczekiwane sukcesy. Tak bywa często z nowatorami. Z początku podziw i oklaski, potem niepowodzenia i krytyka, a po śmierci sukces i uznanie. Wydaje się, że jest w tym jakaś prawidłowość, jakiś ukryty głębszy sens. Za życia Ruszczyc nie zawsze był doceniany przez otoczenie. Niektórym wychowankom zwierzał się, iż działa w pojedynkę, nie znajduje pełnego zrozumienia, a jego wysiłki nie zawsze są doceniane. W końcu jednak jego idee wsiąkały w umysły i rozwijały się dalej. Był typowym "siewcą pomysłów" ("un emetteur d'idees"), jak mówią Francuzi. Do ich realizacji potrzebował sztabu ludzi rzutkich i zaangażowanych, ale w swoim otoczeniu ich nie dostrzegał. W Polsce lata 60-te kojarzą się z nawrotem stalinizmu odżywającego po październikowej odwilży. Przemysł państwowy dławił dalej rzemiosło i prywatne przedsiębiorstwa. Władze PRL-u atakowały katolickie szkoły i zakłady wychowawcze. Parokrotnie Laski były poważnie zagrożone. W takich warunkach Ruszczyc realizował swoje pomysły. Socjalistyczne wychowanie szerzyło w społeczeństwie spustoszenie. Coraz trudniej było znaleźć przedsiębiorcze jednostki nadające się na stanowiska kierownicze. Młodzi ludzie wykształceni w wąskich specjalnościach niechętnie brali odpowiedzialność za rozleglejszy zakres działania. Lata 60-te były więc okresem ciągłych starań Ruszczyca o dobór odpowiednich ludzi, a jak to było trudne, wystarczy przypomnieć, że w latach 1960-1972 pan Henryk zmienił aż siedem razy kierownika internatu i pięć razy kierownika Warsztatów. Z końcem 1964 r. ustąpił z ich prowadzenia Jan Czerski, a kierownictwo objął dotychczasowy zastępca, inż. Janusz Kawecki. Nowy kierownik rozpoczął działalność od weryfikacji zatrudnionych, z którą łączyła się obniżka płac części pracowników. Kilku dobrych majstrów na skutek tego odeszło. Podniosła się za to ogólna dyscyplina pracy, a teren Warsztatów na nowo ogrodzony, został wzorowo uporządkowany. Nie udało się jednak przywrócić dobrego, bezpośredniego kontaktu kierownika z pracownikami, jaki istniał za czasów jego poprzednika, a produkcja straciła dotychczasowy rozmach. Po roku Ruszczyc zdecydował się na kolejną zmianę, awansując na stanowisko kierownika szefa produkcji, Henryka Kowalczyka. Nominacja ta miała charakter przejściowy, gdyż połączenie w jednym ręku dwóch tak ważnych funkcji nie mogło trwać długo. Toteż w końcu sierpnia 1966 r., na wniosek Zarządu Towarzystwa, oddano kierownictwo Warsztatów w ręce Andrzeja Czartoryskiego. Ruszczyc zarezerwował sobie podejmowanie decyzji w sprawach zamówień oraz obsady personalnej. Nigdy też nie wypuścił z rąk szkolenia. Poza tym w niektórych dziedzinach nadal prowadził własną politykę. Uważając zatrudnienie za swój podstawowy obowiązek, podporządkowywał temu sprawy dochodów. Nadzieje Zarządu na podniesienie rentowności tego ważnego działu w Zakładzie mimo parokrotnej zmiany kierownika nadal zawodziły. W związku z tym prezes Marylski postanowił "zreformować Warsztaty" przy pomocy znajomego technika zamieszkałego we wsi Laski, Michała Karpowicza. Pochodził on z Kaukazu i młodość spędził w Rosji. Zbliżało go to do Antoniego Marylskiego, który z rozczuleniem wspominał własne młodzieńcze przeżycia w tym kraju. Karpowicz powoływał się na to, że niegdyś jako mistrz kierował brygadą złożoną z 50 mechaników, a więc tak liczną jak cała obsada Warsztatów. Zadania jednak były w obu wypadkach nieporównywalne. Ruszczyc z kolei łudził się, że Karpowicz wniesie nowe pomysły do produkcji, choć nie to miało być jego zadaniem. Ustawienie Karpowicza w dziale metalowym jako mistrza nad pięcioma ślusarzami nie dało mu żadnych szans do spełnienia pokładanych w nim nadziei. Próba reformy w tych warunkach musiała zawieść. Pan Henryk zdawał sobie sprawę, że w Warsztatach źle się dzieje i że z trudem bronią się przed deficytem. Zdeprymowany rzucił kiedyś: "ja mam już tylko jedno pragnienie, postawić Warsztaty na nogi". Zapewne nie uświadamiał sobie, iż przekracza to już jego ograniczone możliwości. Był w wieku emerytalnym, osłabiony chorobami, nie mógł liczyć na przypływ sił niezbędnych do podjęcia reorganizacji skomplikowanej placówki. Toteż i próby przez niego podejmowane nie dawały rezultatu. Jedną z nich było powołanie aż trzech Komisji doradczych: Artystycznej, Bezpieczeństwa i Higieny Pracy oraz Badawczo-Naukowej. I one nie mogły przedstawić pożądanych rozwiązań w dziedzinie organizacyjno-handlowej. Gdy na zebraniu z ekonomistami i dyrektorami Ruszczyc wystąpił z wnioskiem przestawienia produkcji na drobne artykuły elektrotechniczne, jeden z dyrektorów ostro zaoponował. Jeśli Zakład chce zwiększyć dochodowość, to nie może wprowadzać nowego rodzaju produkcji wymagającego częstych zmian. Jedna tylko pozostaje droga: ulepszyć obecny stan, lecz go nie zmieniać. Należało znaleźć rzutkiego kierownika i na jego barki złożyć wewnętrzną reorganizację i zwiększenie dochodowości Warsztatów. Wnikanie w szczegóły przez Szefa, podejmowanie przez niego zasadniczych decyzji musiało paraliżować każdego, często nawet zdolnego podwładnego. Przytoczę tu parę przykładów. Kiedyś w rozmowie z Ruszczycem Antoni Marylski zdziwił się, że "Henio" jest wciąż zapracowany. "Cóż ty masz takiego do roboty?" - zapytał. Odpowiedzią był prowadzony od połowy listopada 1966 do początku czerwca 1967 przez Marię Dmochowską codzienny zapis zajęć pana Henryka. Stąd wiemy, że w ciągu sześciu i pół miesięcy Ruszczyc odbył 101 zebrań i rozmów (łącznie określanych jako konferencje) z kierownictwem Warsztatów. Tym zebraniom z reguły sam przewodniczył. Niezależnie od tego 30 razy wizytował zajęcia uczniów, 61 razy organizował spotkania dotyczące internatu lub zatrudnienia absolwentów, 38 razy wyjeżdżał służbowo do Warszawy. Ponadto przyjął 674 interesantów, w tym w dniach choroby we własnym mieszkaniu - 78* (Patrz: M. Dmochowska, op. cit.). Naprawdę energia i pracowitość tego słabnącego człowieka były niezwykłe i budzą podziw. Niemniej przeprowadzenie w ciągu jednego miesiąca np. w jesieni 1966 r. aż 20 rozmów i zebrań z kierownikiem Warsztatów wskazuje na to, że ten ostatni musiał się szefowi ze wszystkiego opowiadać i bez decyzji szefa nie mógł nic przeprowadzić. Temu wszystkiemu, co zostało wyżej powiedziane, nie należy się dziwić. Powszechnie wiadomo, że ludzie w starszym wieku, zwłaszcza wybitne indywidualności, bardzo niechętnie rozstają się z władzą. Nie widzą w swym otoczeniu osób dojrzałych do przyjęcia trudnych funkcji rządzenia. Wolą koncentrować je w swoich rękach zamiast przekazywać innym. Pan Henryk uważał, że musi sam przeglądać całą korespondencję warsztatową, również wszystkie rozmowy telefoniczne musiały przechodzić przez jego sekretariat. Te i tym podobne sprawy - jakże w sobie zrozumiałe - wpływały hamująco na jego podwładnych. System prowadzenia księgowości warsztatowej nie dawał też dość jasnego obrazu aktualnego stanu finansowego poszczególnych działów. Sporządzany raz w roku przez księgowość Centrali bilans nie wystarczał, by te braki wyrównać. Zwrócono na to uwagę Ruszczycowi, który zorganizował parę spotkań z księgowym z warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej. I to nie przyniosło istotnej poprawy. Z kolei zdolna księgowa z biura Warsztatów wystąpiła z propozycją usprawnień w zakresie sprawozdawczości i spraw socjalnych, lecz spotkawszy się z niezbyt przychylnym przyjęciem przez Ruszczyca zrezygnowała wkrótce z pracy. Komisja Rewizyjna Towarzystwa, widząc, że Warsztaty ledwie bronią się przed deficytem, a próby reform nie dają rezultatu, zainteresowała się tym. W jej skład wchodzili ekonomiści, prawnicy i inżynierowie, m.in. Jerzy Dąbrowski, Władysław Rodowicz i Jerzy Wróblewski. W czerwcu 1958 r. na spotkaniu z Zarządem Komisja przedstawiła projekt zmian strukturalnych. Zaproponowała powierzenie kierownictwa technicznego Mieczysławowi Grudzińskiemu, pozostawiając A. Czartoryskiemu sprawy ekonomiczne i handlowe. Ruszczyc miał zająć się koordynacją pracy obu tych panów. Zarząd po kilkudniowych dyskusjach przyjął zaproponowaną koncepcję, lecz i ona z braku koordynacji zawiodła. Gdy w kilka miesięcy później kierownik techniczny przebywał na dłuższym zwolnieniu lekarskim, wyszły na jaw różne niedociągnięcia w jego pracy. Wówczas Komisja Rewizyjna włączyła się ponownie i po gruntownym rozeznaniu sprawy zwróciła do Antoniego Marylskiego z prośbą o zorganizowanie z nim spotkania w celu omówienia niepokojącej sytuacji w Warsztatach. Odbyło się ono 23 listopada 1968 r. bez udziału chorującego na grypę Ruszczyca. Zaproszono natomiast Andrzeja Czartoryskiego. W trakcie zebrania, po wysłuchaniu zwięzłego, ale pesymistycznego sprawozdania przedstawiciela Komisji, prezes Marylski zapytał, jakie ona wysuwa wnioski, by wyjść z impasu. Odpowiedź była krótka i stanowcza: "Zwolnić Kierownika Technicznego, panu Ruszczycowi odjąć władzę nad Warsztatami, pozostawiając mu tylko szkolenie, a kierownictwo całości oddać w ręce Czartoryskiego z tytułem dyrektora i z bezpośrednią zależnością od Zarządu"* (MŻ jako członek Komisji Rewizyjnej był obecny na tym zebraniu.). Był to prawdziwy zamach stanu. Prezes Marylski wyraził niepokój, czy młody, nowy dyrektor poradzi sobie z tak trudną placówką - i podsunął myśl stworzenia mu do pomocy jakiegoś ciała doradczego. W ten sposób powstała Komisja Ekonomiczno-Techniczna, w skład której weszło kilku członków Komisji Rewizyjnej z prawem dobierania sobie ekspertów z zewnątrz. Wszystkie te postanowienia miały być niezwłocznie wprowadzone w życie. Skutki okazały się pozytywne i w stosunkowo niedługim czasie Warsztaty zaczęły przynosić większe dochody. Pan Henryk nie był wówczas ciężko chory, lecz gdy dowiedział się o decyzji Komisji i Prezesa, poczuł się bardzo dotknięty i przeleżał kilka dni w samotności. Boleśnie przeżywał odsunięcie od dzieła, które z takim trudem tworzył. Można podziwiać jego hart ducha i podporządkowanie się władzom Towarzystwa, gdyż ani wówczas, ani później nie skarżył się i nie użalał. Z nowej sytuacji wynikły dla niego daleko idące konsekwencje. Nie tylko został wyłączony z głównego nurtu swej działalności, lecz poczuł się niemal nieproduktywnym członkiem laskowskiej społeczności. On, który tygodniowo miewał dziesiątki spotkań, a codziennie przyjmował wielu interesantów, nagle został bez zajęcia. Z rzadka tylko przychodził ktoś do jego gabinetu po radę i to zwykle nie w sprawach najważniejszych. Przedstawienie historii przemian, jakie się dokonywały w Warsztatach, miało za cel ułatwienie Czytelnikom zrozumienia warunków, w których Ruszczyc podejmował swe ostatnie eksperymenty. Większość z nich nie dała pozytywnych rezultatów. Takie stwierdzenie może dla niejednej z osób pamiętających tamte czasy wydać się zaskakujące. Pan Henryk chodził w glorii do końca, każda wystawa, każdy pokaz przynosiły mu nowe triumfy. Podziwiano powszechnie jego sukcesy: "Jaki ten pan Ruszczyc nadzwyczajny!" - mawiano. "Czegóż to on dla swoich chłopców nie wymyśli, a wszystko mu się udaje". W Warszawie nazwisko jego było głośne. "Laski to Ruszczyc" - słyszało się. O niepowodzeniach, nieodłącznych przecież od każdej społecznej pracy - wiedziało tylko kilka osób z jego najbliższego otoczenia. Przez wzgląd na osobę pana Henryka wolały tego tematu nie poruszać. Oczekiwano, że prędzej czy później nastąpi poprawa. Spoglądając wstecz na ten okres, trzeba powiedzieć, że nie wszystkie niepowodzenia wynikły z popełnianych błędów lub niedopatrzeń. Przynajmniej połowa pochodziła z przyczyn obiektywnych. Tak było z tkactwem i tapicerstwem* (Tapicerstwo działało od 1957 do 1967 roku.), również z szyciem kołder, czyli jak wówczas mówiono - z kołdrzarstwem. Eksperyment ten Ruszczyc prowadził przez całych 5 lat, od 1957 - do 1962 r. najpierw w Domu Sióstr na Piwnej, potem w Laskach. Praktyka wykazała, że szycie kołder to zajęcie tylko dla niedowidzących z dużymi resztkami wzroku. Dział ten został zamknięty w 1962 r., w rok po tkactwie. Mówiąc o eksperymentach trzeba wspomnieć o otworzonym w końcu lat 50-tych dziale wyplatania mebli. Nauczycielem i projektantem był plastyk, Jan Bołkowski. Uczniowie wyplatali sznurkiem nowoczesne meble wykonując estetycznie różnorodne sploty. Dział ten przeszedł z czasem do spółdzielni "Nowa Praca Niewidomych". W poszukiwaniu nowych zawodów Ruszczyc w 1964 r. postanowił powrócić do eksperymentu z zabawkarstwem. Polecił stolarzom opracować kilka atrakcyjnych modeli wzorowanych na spotykanych w handlu zabawkach i wykonać krótką serię próbną. Niestety, prototypy wypadły mało estetycznie i nie miały wartości handlowej, gdyż wykończenie ich przez niefachowców pozostawiało wiele do życzenia. Wkrótce większość modeli znalazła się pod szopą z odpadami. Jeden tylko pomysł miał wielkie szanse powodzenia - "ruch drogowy", zestaw małych pojazdów dla dzieci wraz z kompletem znaków drogowych. Dla dzieci w wieku przedszkolnym stanowił znakomitą pomoc pedagogiczną. Niestety, produkcja jego okazała się niemożliwa, gdyż brakowało na rynku małych żarówek - istotnego elementu tej zabawki.
Nadzieje związane z elektrotechniką
Od dłuższego czasu nęciła Ruszczyca myśl wprowadzenia do szkolenia elektrotechniki, radiotechniki i ceramiki. W latach 1961-1962 uczniowie Szkoły Zawodowej szkolili się w niektórych operacjach z elektrotechniki i montowali łącznice telefoniczne. Eksperyment ten dobrze się udał. W internacie działało równocześnie Kółko Radiotechniczne prowadzone przez inż. Wróblewskiego. Wynikiem podjętych prób z montażem było zatrudnienie siedmiu absolwentów w przedsiębiorstwach państwowych, takich jak Zakłady im. Róży Luksemburg, Zakłady im. Kasprzaka, Zakłady Telekomunikacyjne T-17. Stanowiło to ważne choć dorywcze osiągnięcie. Ruszczycowi zaś chodziło o wdrożenie regularnego szkolenia w tym kierunku. Nie udało mu się do tego doprowadzić, natomiast w dalszym ciągu trwały próby. W listopadzie 1961 r. na zebraniu z młodzieżą ze Szkoły Zawodowej Ruszczyc zapowiedział, że "od stycznia nowego roku ruszy garncarstwo i elektrotechnika" i dał chłopcom do obejrzenia przełącznik do zmiany biegów w samochodzie, złożony z 40 części. Uczniowie mieli to w Laskach montować. Prawdopodobnie jednak nie doszła do skutku umowa o kooperację, gdyż nigdy więcej o tym nie było mowy. W roku 1964?8:65 zaczęło działać w Domu Chłopców Kółko Elektrotechniczne prowadzone przez inż. Andrzeja Andersza, późniejszego dyrektora Zakładów Telekomunikacyjnych na Gocławku, w Warszawie. Zajęcia odbywały się po kolacji, uczestników było 17. W piśmie do Kuratorium w 1965 r. figuruje wzmianka o organizowaniu w Laskach kierunku elektrotechnicznego. Ruszczyc przewidywał w nim montaż i obsługę maszyn do nawijania cewek do transformatorów, produkcję ślinociągów do gabinetów dentystycznych, ładownic elektrycznych, transformatorów. W 1966 r. Ruszczyc zlecił inż. Anderszowi zorganizowanie w porozumieniu z inż. Wróblewskim produkcji dławików do jarzeniówek i transformatorów oraz ewentualnego wyrobu maszynek do mielenia kawy i maszynek do golenia, zasilanych przez silnik samochodowy. Pomysły były świetne, najczęściej jednak na kilkadziesiąt pomysłów zaledwie parę udaje się doprowadzić do realizacji. Nie znamy przyczyn, dla których te projekty nie zostały zrealizowane. Wiemy, że prototypu ślinociągu nie zatwierdziła Komisja sanitarna, co się zaś tyczy innych pomysłów, to być może stan techniczny Warsztatów nie był na dość wysokim poziomie, by móc podejmować tego rodzaju zamówienia. W roku 1968-69 inż. Andersz znów prowadził aż trzy kółka radiotechniczne: dla starszych, średnich i młodszych chłopców. Ruszczyc wystąpił wtedy do Biura Zbytu Urządzeń Teleradiotechnicznych o przydział kilkudziesięciu słuchawek i mierników. Brak dziś danych do stwierdzenia przyczyn przerwania działalności tych kółek pasjonujących młodzież. Inż. Andersza Ruszczyc cenił i lubił. Zawsze przepracowany i zajęty różnorodnymi sprawami nie miał już sił, by dopilnować wykonania nowych urządzeń dla pracowni elektrotechnicznej i w pewnym momencie to zadecydowało o upadku całego eksperymentu. Inż. Andersz zrezygnował z pracy.
Eksperyment z ceramiką
Wiosną 1965 r. pan Henryk zabrał się do realizacji od dawna obmyślanego eksperymentu z ceramiką. Zaczął od wysłania do zakładów ceramicznych w Pruszkowie grupy uczniów w celu poznania stosowanych tam technik. Paru spośród współpracowników skierował do zwiedzenia analogicznych przedsiębiorstw w Siedleckiem. Klasyczne garncarstwo znał jeszcze sprzed wojny, lecz ono go nie pociągało. Pragnął uruchomić artystyczną produkcję inspirowaną pomysłami niewidomych. Zaangażował plastyczkę-rzeźbiarkę i zamierzał przy jej pomocy wyłowić wśród uczniów utalentowane do rzeźby jednostki. Brakowało naturalnie lokalu. Ruszczyc dokonał w Warsztatach szeregu kłopotliwych przemieszczeń, by uzyskać potrzebną powierzchnię dla nowej pracowni. Wszyscy uczniowie klas średnich i starszych mieli być poddani próbom. Eksperyment przeciągnął się na kilka miesięcy, lecz nie dał oczekiwanych wyników. Rzeźbiarce nie udało się zapalić młodzieży do pracy w glinie, chłopcy wracali z zajęć narzekając na brudną robotę. W całej szkole znaleźli się tylko dwaj uczniowie, których zdolności wyróżniono, lecz i to nie miało dalszych następstw. Jedynym trwalszym rezultatem było utworzenie w następnym roku szkolnym kółka garncarzy, grupującego kilku amatorów toczenia na kole garncarskim. To jednak trwało nie dłużej niż 2-3 lata. Zajęcia prowadził jeden z nauczycieli lub garncarz amator. Wydaje się, że w całym tym zamierzeniu nie zostały przemyślane i sprawdzone założenia. Miałem okazję oglądania pięknych zastaw stołowych w różnych kolorach, wykonanych przez uczniów szkoły dla niewidomych w Kónigs-Wuster-Hausen k. Berlina. Lekcje ceramiki były tam jednymi z najbardziej lubianych przez młodzież. Prawdopodobnie główna zasługa leżała po stronie nauczyciela. Upatrywał on w tych zajęciach formę rewalidacji, twierdził zaś, że najwyżej 1 % jego uczniów mógłby utrzymać się z garncarstwa. Ruszczyc zapatrywał się na tę sprawę zupełnie inaczej. Dążył do zorganizowania grupy utalentowanych niewidomych, którzy zarabialiby wykonując oryginalne, swego pomysłu wyroby. Sklep "Nowej Pracy" w Warszawie zajmowałby się ich sprzedażą.
Raz jeszcze zabawkarstwo
Nie zrażony niepowodzeniem Ruszczyc zabrał się ponownie do zabawkarstwa z drewna. Swój projekt oparł na szeregu założeń o pozornie nieodpartej logice, mających zagwarantować powodzenie. Produkcja zabawkarska - rozumował - powinna zainteresować niewidomych. Zabawka jest sama w sobie czymś interesującym, małym cackiem, zawierającym cząstkę dziecięcego świata. Jej elementy o niewielkich wymiarach łatwo można wyrabiać z wysokowartościowych tanich odpadów. Niedroga również powinna być siła robocza, gdyż do atrakcyjnej i lekkiej pracy licznie zgłoszą się kobiety i młodzież z okolicy. Zbyt jest z reguły zapewniony, gdyż społeczeństwo zawsze poszukuje nowych zabawek dla swych dzieci* (Porównaj: MŻ "Współpraca moja..." op. cit.). Życie wkrótce zweryfikowało większość tych założeń. Opłacalność produkcji zabawkarskiej zależy bowiem od wielu czynników i to bardzo różnej natury. Oprócz spraw technicznych w grę wchodzą przepisy związane z bezpieczeństwem pracy lub prawem handlowym. Praktyka wykazała, że produkowanie z odpadów wcale nie jest tanie, gdyż znacznie podnosi koszta robocizny. Jako materiału trzeba używać wysokowartościowej, drogiej tarcicy. Połowa jej w czasie obróbki "idzie w trociny". Siłą roboczą nie mogą być tylko kobiety lub młodzież, potrzebni są też wykwalifikowani specjaliści, gdyż wymagania handlu pod względem wykończenia są bardzo wysokie. Konieczne jest posiadanie odpowiedniego parku maszynowego z szybkoobrotowymi obrabiarkami. Powodują one jednak często wypadki przy pracy. Istnieje zawsze groźba zaprószenia ognia, czy to na hali, czy w magazynach tarcicy. Pył drzewny jest szkodliwy dla płuc, a w większym stężeniu przy zaiskrzeniu maszyny łatwo wybucha. Urządzenia odpylające są kosztowne i trudne do zainstalowania. Do precyzyjnej produkcji potrzebna jest suszarnia, a jest to kosztowna inwestycja. Każda zabawka, jak również jej opakowanie, przejść muszą ocenę specjalnych komisji, drobne nawet uchybienia powodują odrzucenie modelu. Karton do opakowań trzeba zamawiać najmniej na rok naprzód. Warunkiem powodzenia jest współpraca ze zdolnym projektantem-plastykiem. Zabawki, by były atrakcyjne, winno się produkować w krótkich seriach, co na ogół jest mało opłacalne. Płace szeregowych pracowników, a więc w przyszłości i niewidomych, są bardzo niskie. O tych wszystkich rzeczach nikt w Laskach, łącznie z Ruszczycem, nic nie wiedział. Jeszcze przed podjęciem decyzji o otwarciu tego działu pan Henryk zaprosił do siebie kierowników Warsztatów i Internatu oraz paru nauczycieli zawodu. Po żywej dyskusji poprosił każdego z obecnych o wyrażenie opinii co do sensowności tej inicjatywy. Mimo że wszyscy bez wyjątku wypowiedzieli się przeciwko niej, oświadczył, że jest za rozpoczęciem eksperymentu. Po półroczu 1966 r. Szkolik przystąpił do zajęć z kilkoma uczniami, rozporządzał jednak tylko jedną zdezolowaną obrabiarką. Jako odpowiedzialny za Dział Drewna sprowadziłem wtedy z Centralnego Związku Spółdzielczości Pracy znakomitego speca od zabawkarstwa, inż. Białasa. Ów wybitny fachowiec załamał ręce na widok naszej nieporadności i uznał wszystkie wykonane przez uczniów elementy za braki. Równocześnie udzielił szeregu cennych wskazówek i zaproponował wysłanie na praktykę do jednej z podległych mu spółdzielni pracownika z Lasek. Wkrótce zauważyliśmy, jak wiele dzięki niemu zmieniło się na lepsze w naszym warsztacie. Kiedy po drugiej wizycie inżyniera chciałem raz jeszcze go zaprosić, Ruszczyc zaoponował, mówiąc: "Teraz już sami musimy sobie radzić". Odmowa skorzystania z fachowej i życzliwej pomocy miała nas w przyszłości wiele kosztować. Byliśmy odtąd zdani na samych siebie i musieliśmy uczyć się na własnych błędach. Z czasem zaczęliśmy jednak odnosić pierwsze, choć skromne sukcesy. Zaraz na początku działalności, w jesieni 1966 r., udało się nam uzyskać na Targach Jesiennych w Poznaniu szereg zamówień, z których najpoważniejsze pochodziły z Polskiego Związku Niewidomych. Z upływem czasu wykonaliśmy dla nich parę tysięcy warsztacików dziewiarskich, dłutek do pisania brajlem i kilkaset kompletów gier stolikowych przystosowanych dla inwalidów wzroku. Nieco później jeden z naszych modeli - kolejka składana - uzyskał dyplom uznania od Ministra Handlu Wewnętrznego* (Autorem kolejki składanej był Piotr Grocholski.). Niestety, handel wykazywał małą elastyczność i nie był zainteresowany lansowaniem nowych modeli, niepodobnych do sprzedawanych w sklepach. W zakresie technologii i organizacji produkcji zrobiliśmy znaczne postępy - uczniowie obsługiwali wszystkie typowe dla zakładu rzemieślniczego obrabiarki i urządzenia. Wykłady z materiałoznawstwa fachowo prowadził pracownik z Ministerstwa Leśnictwa inż. Bogdan Pawelski, a egzaminy na końcu roku wykazały dobre zrozumienie i znajomość przedmiotu. Gdy w trzecim bodaj roku naszego eksperymentu odwiedził Laski inż. Białas, nie szczędził Szkolikowi słów uznania za czystość wykończenia wyrobów i pomysłowość oprzyrządowań, zapewniających niewidomym precyzję i bezpieczną pracę. Również Modest Sękowski ocenił bardzo pozytywnie stronę szkoleniową i techniczną zabawkarni, nie ukrywając jednak w rozmowie z Ruszczycem swoich obaw co do rozwoju tego kierunku. Uważał, że nie nadaje się on dla niewidomych, a z jego doświadczeniem należało się liczyć. Wkrótce rozpoczęła się seria niepowodzeń. Czas trwania eksperymentu w szkołach zawodowych jest ściśle ograniczony do trzech lat. Dalsze prowadzenie nowego kierunku wymaga zatwierdzenia przez Kuratorium, ono zaś uzależniało udzielenie zgody od zatrudnienia w nowym zawodzie choć paru absolwentów. W naszym przypadku tej ostatniej okoliczności zabrakło* (Dopiero później udało się znaleźć pracę dla Jana Wojdyny w spółdzielni stolarskiej dla głuchoniemych na Powązkach. Po kilkunastu miesiącach zaczął nieźle zarabiać pracując przy tokarce. Po dwóch latach przeszedł do Spółdzielni Niewidomych Szczotkarzy przy ul. Sapieżyńskiej.), gdyż żadna ze spółdzielni niewidomych nie prowadziła działu galanterii drzewnej. Ruszczyc, przystępując do eksperymentu, uzyskał wprawdzie zapewnienie utworzenia działu zabawkarskiego przez dwie spółdzielnie: w Grodzisku Mazowieckim i Białymstoku, ale po trzech latach obie wycofały się z poprzednich obietnic. Prawdopodobnie ich zarządy rozeznały niską opłacalność zabawkarstwa, groźbę pożaru i skaleczeń, niskość zarobków. Wynosiły one przeciętnie około 1/3 płacy przyjętej w innych działach produkcji. Na próżno Ruszczyc nęcił je ofertami odstąpienia dotychczasowego dorobku Lasek ze wszystkimi urządzeniami, technologią, a nawet modelami. I to nie wpłynęło na zmianę ich stanowiska. Przygnębiony nieoczekiwanym obrotem sprawy pan Henryk chciał w pierwszej chwili wszystko zlikwidować, by móc rozpocząć nowy eksperyment. Szczęściem sprawą zainteresował się Zarząd i postawił kategoryczne veto. Uważał, że nie można zaprzepaszczać kilkuletniego trudu grupy zaangażowanych ludzi, zdobytych osiągnięć i wkładu finansowego Towarzystwa. Zdecydowano więc pozostawić wszystkie urządzenia, zmniejszywszy tylko liczbę stanowisk i wielkość lokalu, ograniczyć zaś produkcję do potrzeb szkolenia. Uczniowie każdej I klasy zawodowej mieli uczyć się pracy przy obrabiarkach do drewna w połowie wymiaru godzin warsztatowych. Pracownia dobrze się rozwijała i przetrwała szereg lat* (Ruszczyc podziwiał w Anglii produkcję zabawek prowadzoną przez ociemniałych inwalidów. Stosunki tamtejsze różniły się jednak od polskich tym, że absolwenci z racji swego inwalidztwa mieli zapewnione zatrudnienie w przedsiębiorstwach.). W kwietniu 1971 r. spadł na Warsztaty niespodziewany cios w postaci pożaru, który pochłonął jeden z drewnianych baraków. Przyczyną była iskra z wentylatora w położonej w szczytowej części budynku lakierni. Pożar szybko się rozprzestrzeniał i trzeba było ewakuować leżące w przedłużeniu lakierni biura, szczotkarnię i magazyn wyrobów gotowych. Dzięki interwencji laskowskiej Straży Pożarnej rozszerzanie się ognia udało się opanować, straty jednak okazały się dość znaczne. Wynikła więc konieczność dokonania poważnych przesunięć w pozostałych budynkach. Największy kłopot sprawił werdykt władz pożarniczych, uzależniający zlokalizowanie lakierni od znalezienia pomieszczenia co najmniej 6-metrowej wysokości. Istniał tylko jeden taki budynek, tzw. Czerwony Domek, w którym za cenę usunięcia połowy sufitu można było uzyskać wymaganą wysokość. Ruszczyc miał do tego budynku szczególny sentyment, gdyż tam właśnie przed 17 laty rozpoczynał swą pionierską działalność. Pomny na to, nie chciał się zgodzić na wyprowadzenie stamtąd pracowni metalu i drewna. Tymczasem czas naglił, należało się śpieszyć, by jak najszybciej uruchomić niezbędną dla produkcji lakiernię. Wobec nieugiętej postawy Ruszczyca uradzono ściągnąć z Warszawy Jerzego Wróblewskiego znanego z umiejętności przekonywania i cieszącego się u pana Henryka wielkim zaufaniem. W dramatycznej rozmowie ten ostatni bronił swego stanowiska i z wielkim trudem udało się go nakłonić do zmiany decyzji. Przedstawiono mu ją jako jedyne wyjście z zaistniałej sytuacji.
Montaż
Niepowodzenie z zabawkarstwem nie załamało Ruszczyca, który z całym zapałem zabrał się od razu do zorganizowania działu montażu. W jego pojęciu była to najnowocześniejsza forma zatrudnienia niewidomych, popularna na Zachodzie. Do nowego kierunku przystępowaliśmy bez programu, bez przygotowania i bez rozeznania jego opłacalności. Ruszczyc rzucił tylko ogólne hasło: "Uczcie jak najbardziej wszechstronnego montażu". Rozpoczęliśmy więc od tego, co było pod ręką, tj. od montowania mat łazienkowych z drewnianych klepek własnego wyrobu łączonych drutem. Równocześnie rozglądaliśmy się za bardziej skomplikowanym montażem. Warszawskie przedsiębiorstwa bały się wchodzenia w kooperację ze szkołą dla niewidomych, nam zaś zdecydowanie chodziło o pracę płatną, nie zaś o charakterze ćwiczebnym. Po długich poszukiwaniach udało się dojść do porozumienia z zakładem "INCO" w Otrębusach koło Warszawy. Tamtejsza dyrekcja wyraziła zgodę na dostarczanie części do długopisów oraz elementów do zabawek z plastiku. Wkrótce okazało się, że przysłane części są między sobą źle dopasowane i łączenie ich sprawia uczniom wiele kłopotu. Niekiedy skóra schodziła im z palców przy wciskaniu osiek w kółka samochodzików. Próbowaliśmy stosować różne usprawnienia, lecz i to nie dawało widocznych rezultatów. Ostatecznie widzący instruktorzy musieli wykańczać brakowe sztuki. Po kilku tygodniach postanowiliśmy dokonać przybliżonej kalkulacji, by przekonać się o opłacalności tego kierunku. Z obliczeń wynikło, że przeciętny zarobek dzienny ucznia wynosiłby niemal tyle samo co godzinowa stawka niewidomego w innych branżach spółdzielczości. W tych warunkach dalsze prowadzenie eksperymentu przestawało mieć sens i Ruszczyc bez sprzeciwu zgodził się na jego zaprzestanie. Po półroczu w 1971 r. zorganizowaliśmy naukę szczotkarstwa, nie mając już czasu ani możności, zaimprowizowania czegoś bardziej kształcącego* (MŻ był kierownikiem tego działu.). Należy podziwiać wytrwałość pana Henryka, który i tym razem nie dał za wygraną i niezwłocznie począł myśleć o czymś nowym. Ostatnim jego pomysłem było pamiątkarstwo.
Pamiątkarstwo
Tak określał Ruszczyc wyrób artystycznych pamiątek dla rosnącej w kraju turystyki. Otrzymał nawet zamówienie na produkcję drobnych przedmiotów dla Cepelii, która zabezpieczyła olbrzymi kredyt na ten rodzaj wytwórczości. Zostawiała przy tym producentowi dużą swobodę w doborze materiałów, w grę wchodziły: metal, drewno, skóra, ceramika. Pan Henryk upatrywał w pamiątkarstwie wielką szansę dla laskowskich absolwentów. Wyobrażał je sobie jako pracę chałupniczą dającą w wolnym czasie dodatkowy zarobek i wiele zadowolenia. Wszystko jednak zależało od znalezienia atrakcyjnych modeli, niezbyt trudnych do wykonania. Prowadzone przy udziale zdolnych współpracowników przez cały rok poszukiwania nie dały jednak żadnego rezultatu. Ruszczyc był bardzo wymagający i dostarczane mu modele i pomysły jedne po drugich odrzucał. W końcu sam doszedł do wniosku, że jego koncepcja jest chwilowo niewykonalna, zniechęcił się i zaprzestał dalszych starań. Po wszystkim, co zostało powiedziane, stać już będzie czytelnika na wyrobienie sobie własnego zdania o eksperymentach Ruszczyca. Sukcesy i niepowodzenia są nieodłączną cząstką losu każdego człowieka zaangażowanego w pracę społeczną. By ocena była sprawiedliwa, trzeba uprzytomnić sobie czasy i warunki, w których pan Henryk działał. Ówczesna absurdalność niektórych przepisów, biurokracja w urzędach, drętwota handlu paraliżowały wszelką niepaństwową przedsiębiorczość. A jednak Ruszczyc nie załamywał rąk. Nie szukał nigdy swego interesu ani poklasku. Jedyną pobudką do działania była chęć pomocy w rewalidacji choćby jednego niewidomego. W tej też płaszczyźnie trzeba rozważać jego wieloletnie próby eksperymentowania. Może największym ich osiągnięciem było ukazanie polskiemu społeczeństwu bogactwa nie odkrytych dotąd możliwości ludzi pozbawionych wzroku. Na tym polegać będzie zawsze jego niezaprzeczalna zasługa. Chcąc obiektywnie opisać historię eksperymentów Ruszczyca, trzeba omówić ich dalsze losy.
|