Niektóre publikacje
Wielkanoc w Laskach
Adolf Szyszko
Spośród przeżytych przeze mnie 71 Świąt Wielkanocnych najbardziej utrwaliły się w mojej pamięci te, które spędziłem w Laskach przed wojną i w czasie niemieckiej okupacji. Były tam one obchodzone szczególnie uroczyście. Poprzedzały je rekolekcje, prowadzone przez wybitnych rekolekcjonistów, bardzo często przez ojca Władysława Korniłowicza. W Wielkim Tygodniu przeważnie wszyscy byliśmy codziennie na nabożeństwach. Dużym przeżyciem dla wychowanków była adoracja krzyża, w czasie której korzystaliśmy z pomocy sióstr. Wyjątkowy charakter miały laskowskie rezurekcje, które swą liturgią odbiegały od codzienności, a dla dzieci i młodzieży dużą atrakcję stanowiło strzelanie. Posiłki świąteczne spożywano wspólnie - wychowankowie, nauczyciele, wychowawcy, siostry i cały personel administracyjny (około 400 osób), najczęściej w sali koncertowej internatu dziewcząt, a w czasie okupacji - w pomieszczeniach pralni, specjalnie do tego celu na ten czas przygotowanych.
Śniadanie w pierwszy dzień świąt miało uroczysty charakter. Po krótkiej modlitwie Matka Czacka lub ojciec Korniłowicz składali wszystkim życzenia i wspólnie dzielono się jajkiem. Laski w okresie międzywojennym, nie mówiąc już o okupacji, miały ciągłe trudności finansowe. Brakowało pieniędzy na najpotrzebniejsze rzeczy. W celu podratowania sytuacji organizowano publiczne kwesty. Jedzenie na co dzień było wyjątkowo skromne, choć obfite, na śniadanie przeważnie chleb razowy ze smalcem. W tej sytuacji święta miały dla nas szczególnie radosny wydźwięk. Mimo trudności, kierownictwu Lasek zawsze udawało się zapewnić świetne zaopatrzenie podczas świąt. Nie brakowało doskonałych różnorodnych wędlin, ciast, owoców i innych smakołyków. W czasie jedzenia młodzież nie żałowała sobie niczego. Ja sam ze wstydem muszę przyznać się do kilku "sukcesów". W 1937 roku urząd celny przesłał do Lasek na święta kilkadziesiąt skrzynek fig, skonfiskowanych przemytnikom. Po obiedzie, na deser, sam zjadłem 60 fig prasowanych. Organizowaliśmy między sobą różnego rodzaju konkursy, na przykład konkurs najmocniejszych jajek podawanych na świąteczne śniadanie. Wygrywał ten, którego
jajko w zderzeniu z innym wychodziło bez szwanku. Miałem w tym sporo szczęścia, gdyż po śniadaniu świątecznym, jako zwycięzca, zjadłem 11 jajek na twardo. Dla porządku wypada
dodać, że zdrowie mi dopisywało i nigdy po tych "osiągnięciach" nie chorowałem. Wśród wspomnień związanych ze Świętami Wielkanocnymi chciałbym jeszcze wspomnieć o nocnym czuwaniu przy grobie Pana Jezusa w laskowskiej kaplicy. Chętni do czuwania zgłaszali się do kierownika internatu, który wyznaczał grupy, dokładny czas adoracji oraz dyżurnych wychowawców. Członkowie poszczególnej grupy wzajemnie się pilnowali, by któremuś z nich nie zdarzyło się zaśnięcie. Spośród kierownictwa zakładu, biorącego udział we wspólnych świątecznych posiłkach, najbardziej utkwili mi w pamięci: ojciec Korniłowicz, pan Antoni Marylski i pan Henryk Ruszczyc. Ojciec miał wyjątkowy dar opanowywania gwaru na sali - świetnie bowiem gwizdał na palcach, co pozwalało w jednej chwili na całkowitą ciszę. Jego poważny, skupiony głos od razu wprowadzał w modlitewny nastrój. Panowie Marylski i Ruszczyc chodzili po całej sali, od stołu do stołu, ze wszystkimi rozmawiając, i
opowiadając wesołe anegdoty czy historie z własnych wspomnień. Niezależnie od tego wszyscy uczestnicy laskowskich świąt nie zapomną nigdy wkładu pracy i życzliwej gościnności sióstr, które troszczyły się o to, by nikomu niczego nie zabrakło. Dzięki ich staraniu wszystkie stoły były przystrojone świątecznie, zgodnie z polską tradycją. W pierwszym dniu świąt na obiad podawany był rosół z makaronem, na drugie kapusta i kotlety, kompot oraz na deser ciasto, orzechy, pierniki, owoce i cukierki. W czasie między posiłkami mieliśmy czas wolny. Msze święte w święta były szczególnie uroczyste. Wyróżniały się kazaniami, zwanymi dziś homiliami. Chciałbym w tym miejscu podzielić się z czytelnikami wspomnieniem jednego takiego kazania, wygłoszonego przez ojca Korniłowicza w 1937 roku. Ilustrując przywiązanie do religii i wierność dla wiary w Boga, mimo prześladowań w Związku Radzieckim, opowiedział ojciec autentyczne zdarzenie, jakie miało miejsce w Moskwie. W ramach walki z religią, ateistyczne władze zorganizowały ogromny wiec, na który pod przymusem zebrano setki tysięcy ludzi. W ciągu całego dnia najwybitniejsi ateiści wygłaszali przemówienia, wykazując, że nie ma wiary ani Boga. Mówcy byli specjalnie dobierani. Spośród zebranych, "kto chciał", mógł zabrać głos, z tym oczywiście, że wcześniej musiał się zgłosić, celem zweryfikowania tego, co chciał po
wiedzieć. Do organizatorów zgłosił się nieznany nikomu staruszek, który chciał również przemówić. Nie pozwolono mu jednak, lecz on był wyjątkowo uparty. Prosił, by mu pozwolono
wygłosić dwa słowa. Organizatorzy zgodzili się sądząc, że w dwóch słowach nie będzie mógł nic istotnego powiedzieć. Staruszek wszedł na mównicę. Nastąpiła chwila oczekiwania, po
czym staruszek powiedział: "Chrystus zmartwychwstał!" I na te słowa zebrane na wiecu tłumy odpowiedziały jak jeden mąż:
"Naprawdę zmartwychwstał", dając świadectwo powszechnej wierze. W drugi dzień świąt, zgodnie ze zwyczajem śmigusa dyngusa, w godzinach rannych oblewaliśmy się wodą, głównych w wyznaczonych miejscach. Podobnie były obchodzone święta w czasie okupacji, z tym że nie było ojca Korniłowicza, lecz świętował z nami ksiądz Stefan Wyszyński, późniejszy prymas.
W tym czasie w generalnej guberni, a tym samym w Laskach, była wyjątkowa bieda, brakowało podstawowych produktów żywnościowych. Siostry z narażeniem życia i zdrowia, jeździły
samochodami w Lubelskie, by zdobyć żywność. Pomyślne efekty ich wypraw często graniczyły z cudem. Zdarzyło się kiedyś, że wracając z Lubelszczyzny samochodem, załadowanym żywnością, trzeba było przejechać przez most na rzece. Niemcy zamknęli przejazd, nikogo nie puszczając. Prośby konwojującej żywność siostry nie dawały rezultatu. Wartownik, stwierdzając że nie wolno mu nikogo przepuszczać, kazał wracać. Nie zrażona tym siostra siadła na przydrożnym kamieniu i odmawiała różaniec, cierpliwie czekając na zmianę decyzji. Wartownicy kilkakrotnie próbowali siostrę przekonać o bezowocności czekania. Po wielu godzinach oczekiwań Niemcy, złamani pokorą i cierpliwością siostry, pozwolili jej przejechać. Obecnie w Laskach posiłki świąteczne nie są organizowane wspólnie dla całego zakładu. Na ten stan rzeczy wpłynęło wiele przyczyn, a przede wszystkim fakt, że teraz w zakładzie jest około 800 mieszkańców, podczas gdy przed wojną było o połowę mniej, a ponadto większość wychowanków wyjeżdża do rodzinnych domów. Myślę, że trudności organizacyjnych i innych nie brakowało kiedyś i nie brakuje obecnie. Pamiętać jednak musimy o korzyściach, jakie wynikały dla całej rodziny laskowskiej ze wspólnego świętowania. Rozumiała to dobrze Matka Czacka i jej najbliżsi współpracownicy.
Pochodnia kwiecień 1994