Podziel się wiedzą

Mgr Lucyna Kremer od prawie trzydziestu lat pracuje jako logopeda. Ukończyła studia pedagogiczne. Już w trakcie ich trwania zastanawiała się, co będzie mogła robić po otrzymaniu dyplomu magistra. Szanse na profesję nauczycielską miała niewielkie, toteż kiedy była na czwartym roku, zapisała się na kurs logopedyczny. Wybór okazał się dobry.

W 1969 r. wystarała się o pracę na stanowisku logopedy w poradni psychologiczno-pedagogicznej w Kartuzach. Mieszkała w Gdańsku i codziennie dojeżdżała do pracy 50 km, ale to jej nie zrażało. W siedem lat później wyszła za mąż, urodziła dziecko i przeniosła się do Sopotu. Wtedy codzienna, 14-godzinna nieobecność w domu, przy małym dziecku, stała się niemożliwa do pogodzenia z obowiązkami żony, a zwłaszcza matki. Dzięki życzliwości dyrektora poradni wojewódzkiej, została przeniesiona do poradni psychologiczno-pedagogicznej /dawniejsza nazwa poradnia wychowawczo-zawodowa/ w Sopocie, gdzie pracuje do dziś.

- Proszę opowiedzieć nam o swoich obowiązkach zawodowych i sposobach ich wykonywania.

- Chciałabym zacząć od tego, że lubię dzieci. Praca z nimi daje mi zadowolenie i satysfakcję. Dawniej musiałam dostosowywać swoje pomoce tak, abym mogła z nich korzystać na równi z widzącymi. Należało je opisać w brajlu i odpowiednio poznakować, żebym wiedziała, jaki obrazek dziecku pokazuję. Czynności te były wykonywane metodą chałupniczą. Pomagała mi rodzina i przyjaciele.

Wszystko zmieniło się na korzyść siedem lat temu, kiedy zaczęłam się posługiwać komputerem. Teraz całą dokumentację mogę prowadzić sama. Dzięki komputerowi samodzielnie sprawdzam czy to, czego dziecko się nauczyło, stosuje także w piśmie. Daję mu klawiaturę, a sama zakładam słuchawki i słyszę, czy uczeń dobrze pisze wypowiadane słowo. Kolega z Politechniki Gdańskiej przygotował mi specjalny program do nauki, i ja tylko zmieniam teksty, w zależności od poziomu dziecka. Dawniej w tej pracy pomagała mi koleżanka, Teraz, dzięki komputerowi, jestem równorzędnym partnerem widzących współpracowników.

Pracuję także ze studentami szkół artystycznych, chcących poprawić swoją wymowę pod kątem wymagań scenicznych. W ramach poradni utworzyłam punkt konsultacyjny dla przyszłych aktorów i wokalistów. Przyjmuję dzieci od zera. W tym roku szkolnym mój najmodszy pacjent ma osiemnaście miesięcy, a najstarszy - 25 lat.

Moja przychodnia należy do kuratorium, toteż trafiają do mnie dzieci mające kłopoty z wymową, przede wszystkim z przedszkoli, ale i ze zlecenia służby zdrowia, a więc z różnymi niedorozwojami. Na początku każdego roku szkolnego prowadzę badania w przedszkolach i niższych klasach szkół.  Rozmawiam ze wszystkimi dziećmi i te, które mają trudności z wymową, typuję do poradni logopedycznej.

Przychodzą do mnie także starsi uczniowie z wadami wymowy, ze szkół ponadpodstawowych. Oni z własnej inicjatywy szukają pomocy specjalisty i z nimi najlepiej się pracuje, bo chcą mieć szybkie efekty. Zajęcia z małymi dziećmi prowadzę w formie zabawy, nawiązanie kontaktu z nimi nie sprawia mi trudności.

 Mój etat wynosi 20 godzin zegarowych tygodniowo. W czasie godziny przyjmuję dwoje dzieci, czyli w ciągu tygodnia - 40 uczniów. W poradni mam bardzo dobrą atmosferę. Wszyscy współpracownicy są życzliwi i uczynni. Staram się nie obciążać ich swoimi sprawami. -

W dawniejszych latach pani Lucyna Kremer aktywnie uczestniczyła w w pracach społecznych. Przez trzy kadencje należała do zarządu okręgu, organizowała spływy kajakowe i inne imprezy turystyczne dla niewidomych. Potem wycofała się z działalności we władzach Związku, aby dać miejsce młodszym. Nie znaczy to, że teraz nie pracuje społecznie. Nadal bierze udział w rozmaitych konferencjach i zjazdach niewidomych, radzi, pomaga, sporo czasu poświęca pracy na rzecz głuchoniewidomych. Ma więc niemało własnych doświadczeń oraz ugruntowane poglądy na te zagadnienia i stąd następny temat naszej rozmowy.

- Często słyszy się narzekanie, że jest coraz mniej ludzi chętnych do pracy społecznej, a już bardzo mało młodzieży. Jakie mogą być przyczyny tego zjawiska?

 - Na pewno jest ich kilka. Niewidomi nie cenią tak PZN, jak kiedyś. Związek staje się coraz biedniejszy, nie ma wiele do zaoferowania. W minionych latach nauczyliśmy się więcej brać, niż dawać. Trzeba rzadziej pytać: Co ja z tego będę miał, a częściej - co mogę dać innym?

Nie bez znaczenia jest fakt, że teraz nie trzeba być członkiem PZN, żeby korzystać z pozostałych jeszcze przywilejów. Ulgi w przejazdach środkami komunikacji miejskiej i kolejowej przysługują także na zaświadczenie KIZ-owskie. Dawniej można było wykonywać zadania społeczne w godzinach pracy zawodowej, teraz na taką działalność trzeba oddać swój wolny czas.

- Władze okręgów nie starają się wciągnąć młodzieży do pracy społecznej. Nie umieją jej zachęcić. A jak było dawniej?

- Kiedy skończyłam studia, zadzwonił do mnie ówczesny kierownik biura gdańskiego okręgu PZN - Eugeniusz Bartoszewski i powiedział: Skoro się już wykształciłaś, to teraz podziel się swą wiedzą z innymi niewidomymi. Nie odmówiłam. Otrzymałam zadanie kontaktowania się z niewidomymi uczącymi się w szkołach dla widzących. Wspólnie z nimi i nauczycielami omawiałam występujące problemy i sposoby ich rozwiązania. Z tak zebranymi wiadomościami przychodziłam do Związku i razem z kierownikiem Bartoszewskim omawialiśmy sprawę. On wnosił do niej wiedzę pracownika PZN, kompetencje i żarliwość działacza, ja - swą młodość, entuzjazm i własne uczniowskie doświadczenia. W wyniku naszych spotkań, niewidomy lub tracący wzrok uczeń otrzymywał sprzęt ułatwiający mu naukę - maszynę do pisania, tabliczkę, magnetofon, mapy, podręczniki. Wiedział, że nie jest sam, że może na nas liczyć. Teraz takich inicjatyw i form współpracy z młodzieżą się nie podejmuje. Nawet jeśli ktoś zwraca się do Związku i mówi, że w jego otoczeniu jest niewidomy, któremu trzeba pomóc, słyszy w odpowiedzi, że nie ma pieniędzy, że sam musi sobie znaleźć sponsorów. Moim zdaniem po prostu brakuje zrozumienia potrzeby społecznego działania i pomagania.

Zdaję sobie sprawę z tego, że w dobie dzisiejszej nie ma takich możliwości, jak kiedyś, dlatego Związek powinien być, zwłaszcza dla nowo ociemniałego, najważniejszym doradcą - gdzie i o jaką pomoc może się on zwrócić, z czego może korzystać, co ułatwi mu pracę, naukę i egzystowanie w rodzinie. Tu znów posłużę się przykładem z niedawnej przeszłości. Gdy do okręgu PZN przychodził niewidomy, zwłaszcza nowo ociemniały, to kierownik Bartoszewski czy prezes Bandzberg, po ojcowsku brali go do gabinetu, żeby z nim porozmawiać, jak najwięcej dowiedzieć się o nim i jego trudnościach, wysłuchać, doradzić, pomóc.

- A jak jest teraz?

- Najczęściej, gdy nowo ociemniały przychodzi do Związku, dostaje legitymację, laskę i na tym się kończy. Nie jest obsłużony tak, jak być powinien. Nie spotyka nikogo, kto by po przyjacielsku i kompetentnie doradził, pomógł, serdecznie zainteresował się jego problemami. On sam wie jedynie, że los go skrzywdził i cała reszta - gdzie wystąpić, kto i jak może pomóc - jest mu nie znana. Nawet, gdy kupuje jakiś sprzęt rehabilitacyjny, nie ma w okręgu osoby, która nauczyłaby go posługiwać się tym sprzętem. Przeważnie jest tak, że pani, która sprzedaje na przykład brajlowską maszynę do pisania, nie ma zielonego pojęcia, jak się na tej maszynie pisze.

 Wracając jeszcze do zagadnienia aktywu społecznego i spraw kadrowych w PZN, to chciałabym wyrazić swą opinię, iż ambicją każdego pracownika zajmującego odpowiedzialne stanowisko w Związku powinno być przygotowanie na swoje miejsce odpowiedniego następcy. Nie oznacza to, że zaraz musi wysadzać go z siodła, ale kiedy przyjdzie pora przejścia na emeryturę, on zajmie zwolnione miejsce i nie będzie pustki. Nie powinniśmy się bać, że młodzi nas wyrzucą, ale i młodzi muszą szanować starszych,korzystać z ich wiedzy. Niestety, takiej zasady dotychczas nie wypracowaliśmy. Nie umiemy korzystać z zapału i energii młodych, a oni - z mądrości i doświadczeń ludzi w wieku dojrzałym.  

Dziękując za rozmowę, chciałbym jeszcze dodać, iż mgr Lucyna Kremer mieszka w pięknym osiedlu, wkomponowanym w las. Jest całkowicie niewidoma. Samodzielnie porusza się swobodnie nie tylko po Sopocie, ale po całym Trójmieście. Ma córkę studiującą w Politechnice Gdańskiej. Z jej wiedzy logopedycznej i społecznego zaangażowania od wielu lat korzystają instytucje organizujące pomoc rehabilitacyjną niewidomym i słabowidzącym dzieciom w całej Polsce.

                  Rozmawiał Józef Szczurek

Pochodnia,  czerwiec 1998