Dom przy Złotej

     Złota to niewielka uliczka. Choć leży w centrum Kielc, nie dociera tu zgiełk wielkiego miasta. Przez wszystkie lata istnienia kieleckiej spółdzielni przy ulicy Złotej odpoczywali niewidomi po trudach pracowitego dnia, tu bowiem mieścił się spółdzielczy internat. W czasach świetności spółdzielni budynek przy Złotej stwarzał godziwe warunki bytowania. Niektórzy jego mieszkańcy zapuścili głębiej korzenie, zakładając rodziny. Tu urodziły się ich pierwsze dzieci. I takie wegetowanie, bez perspektyw na przyszłość, może trwałoby do dziś, gdyby nie chude lata, które dotknęły także niewidomych. Przyszła transformacja ustrojowa i totalna plajta spółdzielczości inwalidów. Spółdzielnia kielecka uległa likwidacji, zaś lokatorzy budynku przy Złotej znaleźli się nagle w próżni - nikt nie chciał bowiem przejąć kłopotliwego obiektu.  

     W sukurs przyszedł Polski Związek Niewidomych, który przejął notarialnie cały majątek po zlikwidowanej spółdzielni, w tym także internat przy Złotej. 1 czerwca 1993 roku zadecydowano, by utworzyć tu dom pomocy społecznej dla niewidomych. Jego dyrektorem mianowano pana Romualda Jantarskiego, a czas pokazał, że był to słuszny wybór.

              Kłopotów etap pierwszy

     I wtedy zaczęły się schody. Aby zrealizować plan, trzeba było rozwiązać trzy niełatwe problemy - znaleźć pieniądze, wyremontować obiekt i wykwaterować lokatorów. Dwa pierwsze, choć bardzo trudne, udało się rozwiązać, choć tylko dyrektor wie, jakim nakładem sił i energii ludzi dobrej woli. Najtrudniejsze okazało się wykwaterowanie lokatorów. Aby to uczynić, trzeba było znaleźć im mieszkania. Nikt nie wierzył, że to się uda w sytuacji ogólnopolskiego głodu mieszkaniowego. Tylko w Kielcach na mieszkania komunalne czeka od lat w kolejce 1400 osób żyjących w skrajnie trudnych warunkach. Jak więc dokonać cudu i znaleźć mieszkania dla tylu niewidomych? Ale ten cud się zdarzył i kiedy dziś dyrektor o tym mówi, rozpiera go duma. A było to tak.  

     Najpierw władze miasta przydzieliły budynek po byłym hotelu robotniczym Kieleckiej Fabryki Pomp i dały 400 milionów na jego remont. W ten sposób udało się wygospodarować osiem dwupokojowych mieszkań z pełnym zapleczem sanitarnym. Przekwaterowano do nich w pierwszej kolejności rodziny z małymi dziećmi. Jedna rodzina kupiła sobie mieszkanie niedaleko Kielc, a dla innej, 4-osobowej, przyspieszono przydział z puli miasta. Kilka osób wyjechało do swych rodzin, zaś trzy wyraziły zgodę na pozostanie w domu opieki jako pensjonariusze, bowiem spełniały takie warunki. I tak, ogromnym nakładem sił wielu bardzo życzliwych i zaangażowanych ludzi udało się wykwaterować prawie wszystkich lokatorów. W budynku przy Złotej do dziś pozostało troje dawnych mieszkańców, którzy nie aprobują żadnych proponowanych im rozwiązań, to znaczy nie chcą być pensjonariuszami domu pomocy, bo uważają, że nie wymagają instytucjonalnej opieki, i nie chcą się wyprowadzić. Chcą nadal tu mieszkać na prawach lokatorów, a na to przecież nie pozwala status domu pomocy społecznej. Dyrektor, z braku innych możliwości, wystąpił do sądu o ich eksmisję.

               W poszukiwaniu pieniędzy

     Fundusze na remont - prawie 2,5 miliarda starych złotych - dał PFRON. Z innych źródeł udało się zdobyć pół miliarda. I choć uzbierała się całkiem godziwa sumka, trzeba było nią gospodarować bardzo oszczędnie, jako że budynek był w tragicznym stanie - zagrzybiony, z przeciekającym dachem i niesprawną instalacją sanitarną. Upadająca spółdzielnia od lat nic tu nie inwestowała. Odkopano fundamenty, skuto tynki, wymieniono dach i wszystko co możliwe, od piwnic aż po strych. Robiono solidnie, z gwarancją na ćwierć wieku, szukano najtańszych wykonawców. Dyrektor wydeptywał ścieżki wszędzie, gdzie pojawiła się możliwość zdobycia czegoś dla przyszłych pensjonariuszy. Oczywiście sam nie byłby w stanie wszystkiemu podołać, dlatego miał wokół siebie liczne grono ludzi, zawsze chętnych do pomocy. Bardzo dużo pomógł kielecki okręg PZN, ale przede wszystkim władze miasta, z prezydentem na czele. Miejscowy radny, pan Zdzisław Sabat, tak zaangażował się w sprawy niewidomych, iż jeździł z dyrektorem po urzędach i dotąd prosili i molestowali, aż osiągnęli to, co chcieli.

     Koło w Ostrowcu Świętokrzyskim załatwiło za symboliczną opłatą całą zastawę stołową z fabryki porcelany w Ćmielowie, częstochowska spółdzielnia niewidomych dała za darmo karnisze, a w fabryce Gerlacha kupiono tanio sztućce. I tak wspólnymi siłami przybywało sprzętów, niezbędnych do wyposażenia.

     Trzeba tu zaznaczyć, że dyrektor Jantarski to człowiek energiczny, łatwo nawiązujący kontakty. Nie przepuści żadnej okazji, jeśli można coś uszczknąć dla niewidomych. Nawiązany kontakt nie od razu procentuje, ale jak niejednokrotnie przekonał się dyrektor, po jakimś czasie zawsze da efekty. Z zawodu anatomofizjolog, przed utratą wzroku był wykładowcą w Zespole Szkół Medycznych. Kiedy zaczęły się kłopoty ze wzrokiem, trzeba było przerwać pracę. Nagle znalazł się po drugiej stronie barykady - przedtem dość często spotykał niewidomych na ulicy, potem sam do nich dołączył. Jest inwalidą I grupy, ale zachował znaczne resztki wzroku. Społecznie pracuje w kieleckiej Radzie Niepełnosprawnych jako jej wiceprzewodniczący. W 93 roku zaangażowano go na stanowisko dyrektora nowo uruchamianego domu pomocy społecznej i sądząc po dzisiejszych efektach - poradził sobie znakomicie.

     Według podpisanej z kieleckim wojewodą umowy, dom jest własnością PZN, a władze miasta pokrywają koszty utrzymania pensjonariuszy. Do kieleckiego domu mogą być przyjmowani niewidomi z całej Polski, ale z zastrzeżeniem, iż w pierwszej kolejności należy zabezpieczyć potrzeby własnego województwa, jako że jego władze utrzymują obiekt.

     Ponieważ najtrudniej zdobyć pieniądze na administrację, dyrektor zatrudnia inwalidów lub osoby szukające pracy. Wtedy ich wynagrodzenie refunduje PFRON oraz Rejonowy Urząd Pracy. W ten sposób zatrudniono kierowcę, księgową i wielu innych pracowników. Etaty administracyjne ograniczono do minimum - pracują tylko ci, którzy są niezbędni.

                  Marzenia pana dyrektora

     1 października ub. roku dom przy Złotej 7 otworzył swe podwoje dla pierwszych pensjonariuszy. Na razie jest ich 22, ale docelowo znajdzie tu spokojną przystań 48 osób. Nie ma ograniczeń wiekowych, a jedynym kryterium zakwalifikowania kandydata do domu opieki jest nieumiejętność samodzielnego radzenia sobie w życiu. Za 70 procent renty pensjonariusze mają tu zapewnioną całodobową opiekę, sprzątanie, pranie, wyżywienie. Są cztery pielęgniarki i lekarz zatrudniony na ćwierć etatu. W planach są warsztaty terapii zajęciowej oraz rehabilitacja, dostosowana do wieku i możliwości. Parter to pomieszczenia administracyjne, stołówka, niewielka kaplica i duża sala rehabilitacyjna, która może służyć także za świetlicę. Nowoczesna ekologiczna kuchnia to duma pani Heleny Neyman - jej szefowej, a zarazem dietetyczki. Na pierwszym i drugim piętrze są pokoje mieszkalne - jedno- i dwuosobowe, schludne, estetycznie urządzone. Na każdym piętrze telefon, łazienki i kuchnia. Mieszkańcy mogą mieć w pokojach osobiste przedmioty, a także nieduże meble, aby czuli się jak w domu. Domowa, rodzinna atmosfera to marzenie dyrektora - w tak niewielkiej grupie jest to możliwe, ale o to muszą zadbać wszyscy. Będą zajęcia świetlicowe i występy artystów. Cały budynek przystosowano do potrzeb niewidomych - biel ścian kontrastuje z ciemniejszymi drzwiami, wszędzie są dźwiękowe sygnalizatory oraz jednakowe natężenie światła, ważne dla osób z resztkami wzroku. Będą poręcze przy ścianach. W planach jest możliwość rozbudowy domu, jeśli zaistnieje taka potrzeba, bowiem obok jest jeszcze kawałek niezagospodarowanego gruntu. Wtedy można by zainstalować windę.

     Kiedy chodzę z dyrektorem po lśniącym bielą budynku, trudno mi sobie wyobrazić ogrom wysiłku, który włożono, by doprowadzić go do obecnej świetności. - "To była katorżnicza praca - mówi pan dyrektor - ale  podołaliśmy wszystkiemu i dziś możemy być dumni, że nam się to udało".

                     Grażyna Wojtkiewicz, „Pochodnia” luty 1996