„zawsze redaktor”
Najbliższa wielkiej sztuce Józef Szczurek
Niewidomy matematyk - doc. Jerzy Płonka zaledwie szesnaście lat temu rozpoczynał studia na Uniwersytecie Wrocławskim. Dziś jest wybitnym naukowcem, ma za sobą trzydzieści sześć rozpraw matematycznych, znanych w całym świecie naukowym, wiele zagranicznych podróży i wykładów na różnych uniwersytetach. Od trzech lat doc. Płonka jest samodzielnym pracownikiem naukowym w ośrodku matematycznym Polskiej Akademii Nauk we Wrocławiu. Pod jego czujną opieką poznają tajniki wyższej matematyki i zdobywają szlify naukowe młodzi doktoranci nie tylko z Polski. Jak do tego doszło? Jaka była droga tak szybkiej i błyskotliwej kariery naukowej? Z tym pytaniem zwracamy się do doc. Jerzego Płonki. A oto jego odpowiedź. - Matematyka pociągała mnie już w szkole średniej, ale wtedy nie zajmowałem się nią w sposób szczególny, nie wiązałem z matematyką swojej przyszłości. Najwięcej uwagi poświęcałem studiom muzycznym i wokalnym. Dopiero w 1954 roku, kiedy zapisałem się na roczny kurs, przygotowujący wykładowców do szkoły średniej, zetknąłem się z wyższą matematyką. Nawiasem mówiąc, na kurs ten na stu kandydatów egzamin zdało tylko czternastu, a wśród nich ja. Było to w Katowicach. Pracowałem wówczas jako nauczyciel w szkole dla niewidomych we Wrocławiu, a jednocześnie zapisałem się na studia matematyczne na Uniwersytecie Wrocławskim. Studiowałem jako ekstern, wtedy jeszcze ta forma, zresztą bardzo wygodna, była możliwa. Spośród dziewięćdziesięciu kandydatów, którzy podjęli eksternistyczne studia matematyczne, do ich końca dobrnąłem tylko ja inni nie wytrwali naporu trudności lub zabrakło im dyscypliny. W lutym 1961 roku zdałem egzamin magisterski. W tym też czasie poznałem prof. Edwarda Marczewskiego, wybitnego naukowca w dziedzinie algebry. Z nim współpracuję do dziś. Prof. Marczewski wprowadził pojęcie niezależności w algebrze i na ten temat powstała cała masa prac. Jest założycielem wrocławskiej szkoły algebraicznej. Ten nurt nauki pociągnął również i mnie. Już pracę magisterską pisałem na tematy algebraiczne. W trzy lata później pod kierunkiem prof. Marczewskiego uzyskałem doktorat. Podstawę stanowiły trzy prace. W jednej z nich zdefiniowałem i udowodniłem kilka twierdzeń o tak zwanej algebrze diagonalnej. Dwie następne dotyczyły niezależności. Po uzyskaniu doktoratu zaproponowano mi stanowisko adiunkta w Polskiej Akademii Nauk we Wrocławiu. Mogłem więc teraz już całkowicie poświęcić się matematyce. W trzy lata później w Instytucie Matematycznym w Warszawie obroniłem pracę habilitacyjną, uzyskując tytuł docenta. W związku z habilitacją napisałem pięć prac, w których zdefiniowałem tak zwaną sumę systemu prostego algebr podobnych. W roku 1969 we wrocławskim oddziale PAN mianowano mnie na samodzielnego pracownika naukowego. - Odbył Pan sporo podróży po zagranicznych ośrodkach naukowych. Z jakiej ma Pan najtrwalsze wrażenia? - Przebywałem w Rumunii, na Węgrzech, w Czechach, w NRF. Wyjazdy związane były z konferencjami matematycznymi i prowadzeniem wykładów na określone tematy. Najwięcej jednak wrażeń pozostało mi z Kanady, gdzie przebywałem prawie rok na zaproszenie prof. George Gratzera z Winnipeg. Jest to miasteczko uniwersyteckie, duży ośrodek naukowy. Tam również miałem sporo wykładów, a jednocześnie pogłębiałem własne studia. W Winnipeg otaczała mnie atmosfera serdeczności i przyjaźni. Poznałem wielu ciekawych i wartościowych ludzi. Prof. Gratzer starał się, abym miał jak najlepsze warunki. W czasie pobytu w Kanadzie napisałem dwanaście prac, w tym sześć wspólnie z prof. Gratzerem. Zaprzyjaźniłem się tam z wieloma ludźmi. Wracając z Kanady, na kilkanaście dni zatrzymałem się w Anglii i Francji. Czas ten poświęciłem na zwiedzanie znanych w świecie, historycznych miejsc. Wszystko to na zawsze pozostanie mi w pamięci. - Kontakty zagraniczne są bardzo trudne bez znajomości obcych języków. Pan wyjeżdża do krajów o tak zróżnicowanych strefach językowych. Jak Pan sobie radzi z tą stroną zagadnienia? - Posługuję się językami - angielskim i niemieckim. Znajomość angielskiego umocniłem, będąc w Kanadzie. Obecnie pracuje intensywnie nad pogłębieniem niemieckiego, ponieważ czeka mnie wyjazd na kilkumiesięczny okres do RFN. Tam bowiem, w Darmstadt, powstał silny ośrodek algebraiczny i otrzymałem zaproszenie na wygłoszenie dłuższego cyklu wykładów. - Ma Pan za sobą kilkadziesiąt prac matematycznych. Czy są one drukowane? - Tak. Przeważnie w czasopismach, poświęconych mojej dziedzinie nauki, na przykład: „Fundamenta Mathematicae”, „Colloquium Mathematicum”. Są to polskie czasopisma, odbierane oczywiście w całym matematycznym świecie. Ponadto moje prace były publikowane w czasopismach kanadyjskich „Canadian Journal of Mathematic” i amerykańskich. Niektóre z nich publikowałem wspólnie z prof. Gratzerem. I tak na przykład - mamy dwie wspólne prace w czasopiśmie amerykańskim: „Pacific Journal of Mathematic”. Dzięki publikacjom prace moje są kontynuowane w różnych krajach, między innymi w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych, w Australii, w niektórych krajach europejskich i oczywiście w Polsce. - Jakimi pomocami posługuje się Pan w swojej pracy? - Przede wszystkim tabliczką i maszyną do pisania brajlem. Bez tej umiejętności moja praca nie byłaby możliwa. Technika pracy wygląda następująco: najpierw muszę w pamięci przedstawić sobie, niejako wypracować, odpowiednie twierdzenie, przeprowadzić dowód, a następnie brajlem przenoszę to na papier, oczywiście w brudnopisie. Piszę na oddzielnych kartkach, aby móc swobodnie operować poszczególnymi elementami dowodowymi. Niejednokrotnie trzeba bowiem przeprowadzać działania dodatkowe. Kiedy już cała praca jest gotowa, przepisuję ją na czysto. Często trzeba przeprowadzić bardzo skomplikowane dowodzenie, posługując się wielokrotnymi nawiasami, klamrami, itp., toteż już po przepisaniu w czarnym druku mojej pracy nieraz ludzie widzący dziwią się, jak można w brajlu technicznie poradzić sobie z tak skomplikowanym zapisem. Magnetofon w pracy matematyka jest mniej przydatny, natomiast oddaje duże usługi w nauce języków obcych. - Czy sądzi Pan, że istnieją możliwości kształcenia i zatrudniania niewidomych matematyków w Polsce? - Tak, możliwości tych jest sporo. Najrozleglejszą dziedzinę, gdzie mogliby pracować niewidomi, stanowią maszyny liczące. Kiedy byłem w Kanadzie, obserwowałem w Winnipeg niewidomych, obsługujących komputery. Kursy trwały jeden rok. Każdy absolwent otrzymywał potem pracę, w dodatku bardzo dobrze płatną, bo około pięciuset dolarów miesięcznie. Kierownikiem kursów jest pan Keeping, również niewidomy. Bardzo interesował się, czy w Polsce kształci się niewidomych do obsługi maszyn elektronowych. Wyrażał nawet ochotę do przyjazdu do naszego kraju. Można by skorzystać z jego olbrzymich doświadczeń. Druga dziedzina zatrudnienia niewidomych matematyków to szkolnictwo. Można tu postawić pytanie, czy niewidomy może uczyć w szkole dla widzących. Uważam, że jest to możliwe w odniesieniu do kształcenia dorosłych, którzy do nauki podchodzą w sposób dojrzały, po prostu chcą się uczyć. Miałem już niejednokrotnie wykłady na kursach dla dorosłych i świetnie sobie radziłem. Oczywiście niewidomy nauczyciel powinien dobrze poznać zespół, z którym ma pracować, a ponadto musi mieć głęboką wiedzę i duży zapas doświadczeń życiowych. Trzecia możliwość to praca naukowa, ale w tym wypadku oprócz specjalnych zdolności do matematyki trzeba się przygotować na pracowite życie, trzeba mieć dużą dozę samozaparcia, które rodzi się z wielkiego zamiłowania do tej dziedziny wiedzy. - Czytelników naszych na pewno zainteresuje odpowiedź na pytanie, jak czuje się Pan w swoim zakładzie pracy? - Bardzo dobrze. W moim zakładzie naukowym i w całym wrocławskim środowisku otacza mnie atmosfera ogromnej życzliwości i tak jest od początku. Mam bardzo wielu przyjaciół i kiedy zachodzi potrzeba, chętnie mi pomagają. Nigdy nie było problemu: „że niewidomy, czy sobie poradzi”. Zresztą na pewno przyczynił się do tego fakt, że już na studiach wykazałem się zdolnościami i po ich ukończeniu dość dynamicznie pracowałem. W każdym razie życzliwość i wielka kultura środowiska pracy zasługuje na szczególne podkreślenie. - Jest Pan naukowcem i pedagogiem, a ponadto, poza matematyką, studiował Pan muzykę, wokalistykę. Jakie kierunki studiów radziłby Pan młodym niewidomym? - Z prośbą o radę w tej sprawie zwracają się do mnie dość często absolwenci szkół średnich. Możliwości jest sporo, ale szczególną uwagę chciałbym zwrócić na języki obce. Nasze kontakty ze światem stale się rozszerzają i proces ten będzie się pogłębiał. Są więc potrzebni ludzie ze znajomością obcych języków. Zakładam, że ich wiedza będzie rzetelna. Można się zajmować przekładami, nauką języków na rozmaitych kursach i zajęciach korepetycyjnych. Nauka języków to duża szansa, dotychczas niewykorzystana. - Jeden z moich pedagogów, jeszcze w szkole średniej, miał zwyczaj mawiać, że matematyka jest najbliższa wielkiej sztuce. Co Pan o tym sądzi? - W tym twierdzeniu jest bardzo wiele racji, bowiem sztuka jest wielka wtedy, gdy zawiera prawdę. W matematyce tę prawdę widzimy, możemy ją odkryć i udowodnić. I to daje wielką radość i głębokie doznania estetyczne. Taką satysfakcję i radość przeżywa się wtedy, gdy rozwiąże się jakiś problem, dotychczas niepodjęty. Czasami uda się podać jakiś interesujący przykład. Między innymi w mojej pracy doktorskiej użyłem przykładu, którego bardzo długo nikt nie mógł podać. Chodziło o to, czy istnieją algebry, które nie spełniają pewnego warunku. Był to przykład algebry nieskończonej. Ja podałem przykład algebry skończonej. Udowodniłem, ze taka algebra istnieje i ma siedem elementów. Udowodniłem ponadto, że algebry, mające mniej niż siedem elementów, spełniają ten warunek. A więc pokazała się liczba siedem jako liczba krytyczna. Matematycy bardzo lubią takie ciekawe liczby. Okazuje się na przykład, że taką od dawna frapującą wszystkich liczbą jest „trzy”. Chodzi o to, ze o charakterze algebry często decydują działania trzech zmiennych. Rodzą się więc pytania, jakie liczby coś tam spełniają. Nawet w największej, jakby się pozornie zdawało, matematycznej zawiłości, istnieje wielka prostota, a to, obok prawdy, jest drugą cechą wielkiej sztuki. - Dziękuję doc. Jerzemu Płonce za ciekawą rozmowę. Mam nadzieję, ze dzięki niej Czytelnicy lepiej poznali niewidomego naukowca, z którego może być dumne całe nasze środowisko, a ponadto bliższa stanie się dla nich prawda zamknięta w nieskończenie wielkim świecie. Pochodnia Marzec 1972
|